niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział drugi - Don't forget me

            Miraż, śliczny, tarantowaty ogier spokojnie pasł się na dużej łące. Nowe otoczenie nie było już tak przerażające jak na początku i wierzchowiec nie płoszył się już tak często. Zuza patrzyła na swój nowy nabytek, nowego przyjaciela. Był niesamowity. Taki zgrabny i proporcjonalny... żałowała, że nie zabrała ze sobą szkicownika. Ale z resztą będzie miała kilka długich lat na narysowanie tego konia, że zdąży zrobić setki prac w każdej technice i tysiące, jak nie miliony, zdjęć.
            Zapatrzona w konia rozmawiała z Oliwią i Martą, które w tym czasie spokojnie dyskutowały na temat trwających już wakacji. To zdecydowanie miały być przepiękne wakacje. Spędzone w stajni, z Mirażem, z Montaną...
            W tym właśnie momencie zadzwonił telefon Zuzy. Niczego nie spodziewająca się dziewczyna odebrała połączenie od taty.
- Tak? – powiedziała do słuchawki.
- Nie powiedziałem ci, ale wujek Rafał nie przywiezie Montany – zaczął, a Zuza od razu spoważniała – Przywiezie za to kuca, hucuła.
- Klacz, wałach, czy ogier? – zapytała zaraz dziewczyna z powagą.
- Wałach – odparł jej tata – I przyjedzie z nim około siódmej – dodał, po czym pożegnał się i rozłączył.
Zuza natomiast pogrążyła się w przemyśleniach. W sumie, dobrze, że nie była to klacz. To miał być koń do towarzystwa, a nie taki, na którego widok ogier by szalał. W ten jakże miły sposób nie trzeba go będzie kastrować.
- Dziewczyny, powstała taka miła niespodzianka – zmieniła ich temat.
- Co się stało? – zareagowała Oliwia, spoglądając w stronę czerwonowłosej.
- Zamiast klaczy będziemy miały wałacha – uśmiechnęła się promiennie wkładając telefon do kieszeni bryczesów.
- A o której przyjedzie? – zadała pytanie Marta, patrząc na zegarek w telefonie.
- Mniej więcej o siódmej – odpowiedziała Zuza, siadając obok.
Była ciekawa co to za kuc. Czy jest przyjazny, czy potrafi skakać, czy chce skakać, czy może ma predyspozycje pod ujeżdżenie, jak się zachowuje w terenie... Tyle pytań miała w głowie, ale żadnych odpowiedzi. A może będzie mogła z nim pracować na lonży, żeby uczyć dzieci jazdy konnej, żeby sobie troszkę dorabiać? Bo z Mirażem byłoby gorzej. Na nim chciała pracować sama, ewentualnie z Oliwią i Martą. Żadne dzieci nie będą się na nim uczyły pierwszych kroków. To na pewno. Nikt nie będzie jej psuł konia. A z resztą... zobaczy się w swoim czasie. Na razie były błogie wakacje i o tym tylko chciała myśleć Zuza.
- Która skoczy po sok i chrupki do siodlarni? – zapytała rozleniwiona otwierając jedno oko, aby zobaczyć reakcję przyjaciółek. Tamte siedziały i rozmawiały o jakimś wyjeździe nad jezioro, a Zuza leżała, rozkoszując się słońcem padającym na twarz.
- Sama nie możesz? – odparowała Oliwia, lecz po chwili ciszy westchnęła i podniosła się z miejsca.
Taka już była. Cała Oliwia. Wieczny głodomor i umysł ścisły. Wiecznie chude, żarłoczne stworzenie. Ale czy to ważne? Poza tym, że zazwyczaj zjadała większą połowę czipsów, albo narzekała jeśli jakaś dziewczyna chciała się odchudzać, były przyjaciółkami. Takimi „forever”.
Zuza zaśmiała się z własnych myśli. Zaczęła się zachowywać jak psiapsióły z gimbazy. Na tę myśl wzięło ją obrzydzenie do samej siebie, ale i to przeszło, gdy poprawiła się w myślach na „Takimi na zawsze”. Tak zdecydowanie było lepiej.
Tak więc dziewczyny rozmawiały, jadły chrupki, piły sok i robiły dużo różnych, dziwnych rzeczy, które nie warte są uwagi czytelnika, bo co mogą robić szalone szesnastolatki gdy na coś czekają?
Także, wracając do stajni, mniej więcej o siódmej na podjazd wjechał srebrny Nissan z bukmanką. Zuza zerwała się biegiem, żeby przywitać się z wujkiem. Pomińmy fakt, że prawie zaliczyła glebę gdy poślizgnęła się na zakręcie, bo to naprawdę nieistotny szczegół. Także, przywitała się z wujkiem i zerknęła do bukmanki. Zauważyła tam kasztanowatego wałacha.
- Jak ma na imię? – zapytała wujka, gdy ten podszedł bliżej.
- Parys – odparł otwierając klapę.
Zuza weszła do przyczepy od drugiej strony, aby pomóc w wyprowadzeniu konia. Odwiązała uwiąz i wycofała hucuła gdy tylko jej wujek odblokował zejście.
            Zaprowadziła konia do boksu. Oliwia przymknęła drzwi.
            - Cześć mały – odezwała się Zuza i poklepała kuca po grzbiecie. Zdjęła mu kantar i wyszła z pomieszczenia.
            - Śliczny jest – stwierdziła Marta, idąc za przyjaciółką w stronę samochodu.
            - Oddaję kantar i uwiąz – powiedziała czerwonowłosa, wkładając owe przedmioty do bagażnika. – Teraz jeszcze kilka pytań... Ile za Parysa i czy mogę zobaczyć paszport?
            - Może wszystko ustalimy w domu, co? Przyjechała ciocia, jest też Amelia i Kamila. Zróbcie, co tam macie do roboty i pojedziemy razem, dobrze?
            Zuza przytaknęła i ochoczo wzięła się za pracę. Oliwia nałożyła siano dla koni, Mata przyprowadziła Miraża z łąki, a ona nałożyła odpowiednie porcje owsa dla taranta i kasztanka.
            Po skończonej pracy wsiadły do samochodu.

Pierwsze godziny w stajni Zuza zaliczyła do udanych. Ciekawe tylko było, czy Miraż albo Parys nie wybiją ścian w boksach. Przyjaciółki miały nadzieję, że tak się nie stanie. Pozostało tylko przyjechać następnego dnia i zobaczyć, czy rzeczywiście takie coś nie miało miejsca.

____________________

Witajcie, rozdział dość kijowy, ale da się strawić. Mam tylko nadzieję, że nie zanudzę Was tym opowiadaniem na śmierć.
Piszę tę notkę jeszcze przed obozem (sobota, godz, 20:17) jestem niespakowana i nieprzygotowana na wyjazd. Robię to dla Was, bo wiem, że na dany termin bym się nie wyrobiła.
Mam tylko nadzieję, że błędów jest mało.
Skoro ten rozdział gotowy, to może dam radę jeszcze przepisać Willa? Może...
Do następnego! ♥

~~Wasza SilverGold

Post z okazji święta blogera

Witajcie!

Zacznę od tego, że bardzo mi miło, że jesteście ze mną, cierpliwie czekacie na rozdziały i komentujecie. To naprawdę motywuje do dalszego pisania i bycia na blogu. Gdyby nie Wy, to już kilka miesięcy temu rzuciłabym to w cholerę i zaprzestała pisać bloga. Ale czytelnicy czekają! To jest po prostu jedyny fakt, który aktualnie trzyma mnie na blogosferze.

Dobra, czas na podziękowania każdemu z osobna.
Szylwia, Ty wiesz za co ci dziękuję, za przepisywanie rozdziałów, żeby zdążyć na czas, za poprawianie niektórych błędów i za czytanie tego na lekcjach przez te trzy lata w gimnazjum. ♥
Insanis, za betowanie jednego rozdziału od Willa i za to, że jesteś. No i oczywiście! To dzięki Tobie założyłam bloga i pozostałam w blogosferze! ♥
Dusieko, za to, że jesteś, komentujesz i bawisz się moimi uczuciami (jak można jednocześnie wkurzać i uszczęśliwiać? tylko ty to potrafisz) ♥
Toria... hmm... Ty jesteś moją weną do Projektu. Ten Twój blog mnie zainspirował. No i oczywiście (nie) dziękuję za spojlery co do Delirium ( ;__; ) ♥
Breena, Tobie za betowanie nawet gdy nie betujesz, bo rozdział jest tak do kitu, że wstydzę Ci go przesłać (niech całe zło idzie na moją winę) ♥
Lena Max, za to, że piszesz i to dzięki Tobie mam jednego systematycznego bloga, a nie tysiące takich, które nie są przez nikogo odwiedzane ♥

Przejdźmy do nominacji.
Tak więc... Powinno się nominować blogi, które się najbardziej poleca. Ale gdybym miała wybierać, to poleciłabym wszystkie, które czytam.
Tak więc, wybrałam dwa w toku i jeden zakończony.
Pierwszy blog, który wpadł mi do głowy, to blog... tadam! Torii!
"Każda lekcja zostawia nową bliznę"
Stwierdziłam, że to opowiadanie uwielbiam i że Toria zasługuje na tę nominację. Dlaczego? Nie jestem w stanie wyjaśnić. Po prostu uwielbiam Scar i mimo że gubię się w tych wszystkich bohaterach jestem w stanie stwierdzić fakt, że opowiadanie jest lepsze od niektórych książek.
Drugi blog to blog Dusieko.
"Cztery łapy, siodło, żagle"
Tak więc, Dusieko, wolę Luisa od Nili, bo przy AC nie znam kanonu i trochę ciężko jest mi się w tym połapać. Ale mimo tego, że masz strasznie pokręconą logikę, kocham to czytać i nie porzucę nigdy w świecie.
Blogiem zakończonym, który postanowiłam nominować, jest najlepsza opowieść o Łukaszu i Sebastianie, czyli...
"Nikt tak pięknie nie mówił, że boi się miłości..." (Znane też pod tytułem "Zaparz mi herbatę")
Kocham to i jestem w stanie czytać setki razy. Czytanie tego to najlepsze zajęcie na bardzo długie zimowe wieczory spędzone przed laptopem, lub w moim przypadku telefonem. Ta opowieść jest lepsza od niejednej książki. Serdecznie polecam! ♥

Na zakończenie nominacji:
Nie ma pierwszego, czy drugiego miejsca (Dusieko i Toria) po prostu tak wyszło, że jedną musiałam wpisać pierwszą ♥


Hoho! Przyszedł czas na Silverowe chwalenie się czymś innym niż nowym rozdziałem.
Zacznę więc od zdjęć. Kilka fotografii wykonanych w ostatnim czasie.




Teraz rysunki:



To by było na tyle. Życzę miłego świętowania, miłego ostatniego dnia wakacji i jutrzejszego pierwszego września.
Życzę Wam chęci do pracy, do pisania, do nauki...
Cieszcie się ostatnimi godzinami wakacji i niech Wen Wam sprzyja!
(Jak zwykle około dwudziestego powinien pojawić się jakiś rozdział)

Do następnego!
Wasza SilverGold ♥

PS - STO LAT TORIO! ♥

czwartek, 21 sierpnia 2014

Krótka informacja

Pewno zastanawiacie się, dlaczego do tej pory nie pojawił się żaden rozdział. Odpowiedź jest prosta. Najzwyczajniej w świecie nie miałam czasu. A w dodatku chciałam zrobić jakąś większą niespodziankę na dzień blogera. No bo why not?
Do trzydziestego pierwszego sierpnia zostało dziesięć dni.
W repertuarze można będzie znaleźć między innymi:

  • Rozdział do "Don't forget me"
  • Nominację dwóch (według mnie) najlepszych blogów
  • Malutką niespodziankę dotyczącą mojej twórczości, która nie jest związana z pisaniem
Być może (jeśli zdążę) pojawi się także rozdział o naszym Willu z "Tam, gdzie trzy światy łączą się w jeden".

Także ten tego... do zobaczenia wkrótce.

ODLICZANIE ROZPOCZĘTE ☺

~~Wasza SilverGold

sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział drugi - Projekt: "Europa"


"Nie dowierzam własnym oczom..."



Trzy i pół godziny lotu helikopterem było dla wylosowanych prawdziwym wysiłkiem psychicznym. Liam całą drogę siedział sztywno na brzegu fotela, aby mimo bliskiego ustawienia siedzeń nie dotknąć towarzyszki. Evanlyn także nie była zadowolona. Świadomość obecności przeciwnej płci była... okropna. Pomimo tego dziewczyna patrzyła na błękit wody za oknem. Aż po horyzont migotały fale, odbijając światło słoneczne. Ten bezkres miał ich oddzielać od stałego lądu.
Wyspa, która wyłoniła się na linii widnokręgu była prawie w całości zielona, pokryta lasem. Od strony, z której lecieli, po jakimś czasie zobaczyć można było kilka budynków.
Polecieli na lewą stronę wyspy, w stronę klifu, gdzie, jak się później okazało, znajdowało się lądowisko.
Pilot opuścił maszynę na okrągły, specjalnie przygotowany do tego celu teren i wyłączył silniki helikoptera.
Drzwi otworzyły się i uczestnicy wysiedli. Z miejsca, w którym się znajdowali, rozlegał się piękny widok na wyspę. Zielony las iglasty, a spomiędzy drzew wyłaniały się ogromne, nowoczesne budynki. Z klifu poprowadzona była ścieżka, która po kilkunastu metrach gubiła się wśród zieleni.
Evanlyn westchnęła. Ta wyspa byłą cudowna! Jednak nikomu nie chciałoby się podziwiać widoków ze świadomością, że jest się na niej uwięzionym.
- Witajcie w kurorcie! - odezwał się do przybyłych niski mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. - Proszę za mną.
Poszedł ścieżką, a wylosowani podążyli za nim.
Śmigła helikoptera poruszyły się. Chwilę później maszyna wzniosła się w powietrze i odleciała.
- Przypominam, - odezwał się wyleczony - że na wyspie, tak jak w Europie, językiem urzędowym jest angielski, więc wymaga się od was posługiwania się nim na co dzień.
Liam przytaknął głową. Tak jak jego towarzyszka, nie był w stanie nic powiedzieć. Jeszcze nie dotarł do nich fakt, że są na wyspie. Wylosowani spośród setek polskich nastolatków.
Ścieżką dotarli do fontanny, od której rozchodziło się wiele dróg. Skręcili w prawo.
- To blok mieszkalny - powiedział mężczyzna. - Na prosto jest recepcja. Bawcie się dobrze! - zakończył i poszedł jedną z dróżek. Evanlyn spojrzała na Liama. Ten uciekł przed jej wzrokiem. Dziewczyna westchnęła tylko i weszła do ogromnego budynku.
Podeszli do drewnianej lady, za którą stała pulchna brunetka.
- Witajcie dzieciaki! - uśmiechnęła się szczerze.
Wylosowanych zamurowało. Bezpośredniość i otwartość tej kobiety była dziwna. Przecież nikt z wyleczonych... No właśnie!
- Nie jesteś wyleczona? - zapytał z trwogą Liam. Głos mu się łamał. Można było poznać, że aby to wypowiedzieć, chłopak musiał wcześniej toczyć wewnętrzną walkę. Zwłaszcza, aby powiedzieć na "ty".
- Dokładnie. Ja i wiele innych osób zostaliśmy tu sprowadzeni, aby pomóc Europie w tej walce.
- Mhm - mruknęła Evanlyn.
Nie spodziewała się tego. Ta otwartość, brak koloryzowania... niewyleczeni widzą świat taki, jaki jest. Nie ubarwiają opowieści, dodają jednak do tego uczucia. To, czego pozbawia remedium.
- Język urzędowy znacie, to angielski - mówiła - W tych teczkach macie wszystkie papiery. Macie tydzień na wypełnienie dokumentów. Proszę, oto wasze klucze do apartamentów. - Położyła na ladzie dwa kluczyki z plastikowymi numerkami wraz z białymi teczkami. - Ten jest dla ciebie, młoda damo. - Kobieta podsunęła bliżej blondynki obie rzeczy. - Masz apartament na trzecim piętrze, a ty - zwróciła się do Liama - na drugim. Z całą resztą sobie dacie radę. Plan dnia wywieszony jest tam, na tablicy. - Wskazała ręką w odpowiednim kierunku. - Według niego za pół godziny macie stawić się u swoich stylistów. Musicie być gotowi na dzisiejszy bankiet powitalny.
- Dziękujemy - powiedziała Evanlyn, zabrała swoje rzeczy i poszła schodami na trzecie piętro.
Podążyła wzdłuż korytarza. Jej apartament znajdował się na jego końcu, po lewej stronie. Włożyła klucz do zamka i przekręciła go zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Teraz drzwi do jej nowego mieszkania stanęły otworem. Od teraz miała tutaj mieszkać.
Przekroczyła próg. Znalazła się w dużym, dobrze oświetlonym pomieszczeniu. Zamknęła drzwi i skierowała się w stronę całkowicie przeszklonej ściany. W połowie drogi były trzy schodki w dół. Wyminęła sofę, na której położyła swoją torbę i wyszła na balkon. Z tego miejsca miała widok na pokrytą ogromnym polem, część wyspy. Po jej prawej stronie balkon dzieliła na pół metalowa barierka. Druga jego część należała do innej wylosowanej osoby.
Wróciła do zwiedzania mieszkania. Przeszła obok kwadratowego stołu i weszła do nowoczesnej kuchni. Wszystko było sterylnie czyste. Błyszczące, czarne blaty, idealnie wypolerowane, nienoszące śladów kurzu. Dziewczyna oparła się o płytę indukcyjną, zostawiając ją opalcowaną.
Nie lubiła takiego porządku. Ta sterylność była taka przytłaczająca, obca...
Z kuchni musiała się wrócić do przedpokoju. Tam znajdowały się drugie drzwi, przez które weszła do przytulnego, pogrążonego w cieniu korytarza. Po lewej znajdowała się ogromna szafa. Drzwi miała rozsuwane, w całości pokryte lustrzaną taflą. Zdecydowanie Evanlyn uwielbiała lustra.
Poszła dalej, skręciła w prawo. Naprzeciw niej ukazała się szklana ściana, taka jak w salonie. Obok było ustawione ogromne biurko. Po jej prawej była ogromna biblioteczka. Na grzbietach książek widniały tytuły, których nie znała.
- "Biblia - wydanie sprzed rozłamu" - przeczytała. - "Amerykański Blitz - historia prawdziwa"...
Odeszła od półek. Tym razem jej kroki skierowane były do łazienki znajdującej się w rogu apartamentu. Białe kafelki, duże lustro, dobre oświetlenie, wanna z hydromasażem...
Wyszła z pomieszczenia w celu zwiedzenia ostatniej części swojego nowego mieszkania. Ogromna sypialnia od zawsze była jej marzeniem. Tak jak w salonie jedna ściana wykonana był ze szkła. Stamtąd miała piękny widok na morze, czystą plażę i długie molo.
Tutaj wszystko było perfekcyjne, dopracowane do najmniejszego szczegółu. Nawet lampka na stoliku nocnym została postawiona idealnie na środku. W przypływie irytacji przesunęła ją o kilka cali w lewo i wróciła do salonu po swoją torbę.
Wyjęła z niej teczkę i zajrzała do papierów, które miała wypełnić. Jakaś ankieta dotycząca zainteresowań, karta tożsamości, mapa wyspy i kilka innych kartek do wypełnienia. Przyjrzała się mapie. Widok, który miała z salonu przedstawiał północno-wschodnią część wyspy. Tam była... stajnia? Sięgnęła szybko po ankietę z zainteresowaniami. To było co najmniej dziwne. Spojrzała na pozycje figurujące na kartce. "J...", "j...", "j..." "Jazda konna". Niesamowite.
Spojrzała jeszcze raz na mapę. Dom stylizacji znajdował się niedaleko tamtego miejsca. Zapamiętała drogę i powkładała wszystkie kartki do teczki. Ze swojej torby wyjęła dowód tożsamości, do ręki wzięła klucz i wyszła ze swojego apartamentu, następnie go zamykając. Zeszła do recepcji. Tam oddała przedmiot kobiecie. Spojrzała na zegar. Zostało jej jeszcze piętnaście minut.


- Zdążę - pomyślała i szybkim krokiem wyszła z budynku. Poszła w lewo.
Po minucie szybkiego marszu ujrzała to, co chciała zobaczyć.
Stajnia była duża, ale... dziwnie cicha. Weszła do środka. Nic dziwnego, że było cicho. Było pusto. Żadnych zwierząt, koni, kotów czy choćby myszy. Tak jak w jej mieszkaniu - było sterylnie czysto.
- Konie przyjadą najbliższym transportem. - Evanlyn usłyszała za sobą kobiecy głos. Dziewczyna obróciła się w tamtą stronę.
-  Jeśli chcesz, to będziesz je mogła zobaczyć – dodała.
- Kiedy? - zapytała.
- Jutro - odparła kobieta, odwróciła się i wyszła ze stajni.
Evanlyn spojrzała na zegarek. Cholera! Zostało jej jeszcze tylko pięć minut!
Wybiegła ze stajni. Skierowała się w stronę domu stylizacji.
Weszła przez główne drzwi. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to róż. Różowe ściany, różowa podłoga, różowe drzwi, różowe cyferki wymalowane na ścianach numerujące pokoje, różowe okna, nawet szyby ukazywały różowy świat... ale wow! sufit był... biały!
Na ścianie naprzeciw wejścia przylepione różową taśmą klejącą wisiały różowe kartki, na których różowymi literami, w innym odcieniu tego koloru, wypisane były nazwiska wylosowanych i numery sal.
Dziewczyna znalazła siebie na liście.
- Pokój numer osiemnaście - mruknęła i udała się pod wyznaczony numer.
Zapukała i weszła do środka. Po prawej elegancka toaletka, po lewej drzwi, w rogu manekin, na którym wisiała jakaś sukienka, duże lustro... na środku zaś stała stylistka. Drobna kobieta z rudymi włosami upiętymi w niedbały kok lekko się uśmiechała.
- Cześć - przywitała się Evanlyn.
- Hej - odpowiedziała rudowłosa. - Mam na imię Katarzyna, ale możesz mówić mi Kasia, a ty? Jak ci na imię?
- Jestem Evanlyn. - Dziewczyna była skołowana. Znów ta bezpośredniość... Czy wszyscy na tej wyspie są niewyleczeni?
- Ładnie! Mogę ci mówić Eve? - stylistka lubiła mówić. - Usiądź. - wskazała krzesło przy toaletce. - Albo nie! Czekaj, czekaj! - dziewczyna zatrzymała się w połowie drogi. - Najpierw zdejmę z ciebie miarę. - Stylistka wzięła do ręki metr krawiecki i zmierzyła blondynkę.
- Tabelowy trzydzieści sześć. - mruknęła do siebie kobieta i zapisała coś na kartce. - Mam coś dla ciebie na dzisiejszy bankiet.. - Powiedziała rudowłosa i poszła do drugiego pomieszczenia.
Zostawiła za sobą otwarte drzwi, więc Evanlyn zerknęła do środka. Znajdowała się tam ogromna garderoba, która jednocześnie spełniała rolę pracowni stylistki.
Kobieta wzięła z wieszaka niebieską kreację.
- Chociaż ładniej byłoby ci w czerwonym, to ta sukienka jest niewątpliwie śliczna. - Stylistka przyłożyła ubranie do ciała Evanlyn. - Tak, to jest to.

____________________

I jak tam rozdział? Komu się podobał, a komu nie?
No cóż... Kończy się rok szkolny i mam troszkę czasu, żeby... zamieścić pościk przed dwudziestym! Niecały miesiąc udało mi się osiągnąć dzięki kochanej, odżywającej Szylwii ♥, która przepisała mój rozdział *.*
Spędziłam niecałe dwa dni, żeby... tada! Sama sprawdziłam i poprawiłam rozdział! To wszystko dzięki samozaparciu, wytrwałości i... chyba mi się nudzi w życiu, więc pozbawiam pracy moją betę :x (Za to Cię Breena przepraszam :c)

Dodaję Wam także moją zabawę z Corel’em, czyli grafikę, która dała mi szóstkę z informatyki (lol xd a ja taki informatyk jak ketchup z jabłek xd).

Dobra, kończę już z tą notką... Czekam na komentarze i mam nadzieję, że powytykacie mi błędy, które popełniłam. :p

Wasza nieznośna SilverGold ;*


wtorek, 20 maja 2014

A może to łowca jest ofiarą? - one-shot

One-shot pisany jako praca klasowa na dwóch godzinach lekcyjnych (przy całkowitym braku weny).


            Ada siedziała w trzeciej ławce pod oknem. Zuza natomiast pod ścianą.
Matematyka. Przedmiot, którego obie nie lubiły... hmm... "Nie lubiły" - to mało powiedziane.
Trzydzieści sekund do dzwonka.
Zuza miała już dość. Matematyczka rutynowo wpisywała całej klasie uwagi do dziennika.
Dwadzieścia sekund.
            Zuza była średniego wzrostu jasną blondynką o ciemnobrązowych oczach. Nie była chuda ani gruba. Tak pośrodku.
Dziesięć sekund do dzwonka.
Dziewczyna schowała długopis i zamknęła zeszyt.
Siedem sekund, sześć...
Zapięła plecak.
            Trzy, dwa, jeden...
W całej szkole rozległ się błogosławiony dźwięk wyzwalający uczniów z lekcyjnych okowów. Zuza zerwała się z krzesła i razem z resztą klasy czym prędzej wyszła z sali.
            Lato. Ulubiona pora roku przyjaciółek. Wycieczki, imprezy nad basenem i kolejne zlecenia. Tak, Zuza i Ada były agentkami na stażu. Konsultant, tak nazywały chłopaka przekazującego informacje, miał się dzisiaj z nimi spotkać. Przy tym zleceniu miał im pomagać. Zadanie tym razem dotyczyło szefa lokalnej mafii.
Dziewczyny poszły szybkim krokiem w stronę mieszkania konsultanta.
            Stara kamienica, drzwi z krzywo przyklejonym numerkiem. Dotarły tam po dziesięciu minutach.
Zapukały. Ada zrobiła to w umówionym rytmie. To było hasło, sygnał rozpoznawczy dwóch stażystek.
Chwilę później w drzwiach stanął Piotrek. Wysoki szatyn o intensywnie niebieskich oczach. Konsultant.
 - Cześć! - przywitał się i pocałował Zuzę w policzek. Adzie nie wydało się to dziwne, przecież był chłopakiem jej przyjaciółki.
 - Wejdźcie - zaprosił.
Dziewczyny przekroczyły próg skromnego mieszkania i skierowały się w stronę szyfrowego sejfu. Rzuciły torby w kąt i wpisały odpowiednie hasło. Albo przynajmniej tak im się wydawało.
 - Znowu zmieniłeś kod? - zachmurzyła się Zuza.
 - A co? Tak bardzo spieszy ci się do zabijania? - uśmiechnął się szyderczo.
 - No dobra... niech ci będzie - odparła. - Jakie instrukcje?
 - Nie ma misji - powiedział, wzruszając ramionami.
 - Jak to, do jasnej cholery, nie ma zlecenia?! - zdenerwowała się Ada.
 - Nasz cel godzinę temu popełnił samobójstwo - odpowiedział. Zuza westchnęła.
 - To co? - rzuciła. - U Leny jest impreza nad basenem.
 - O której? - zapytał, spoglądając na zegarek.
 - O czwartej - wtrąciła się Ada.
 - To chodźcie - powiedział, wziął do plecaka butelkę whisky, a do ręki klucze.
            Wyszli z kamienicy i poszli w stronę domu Leny. Dotarli tam na czas.
Drzwi otwarła im gospodyni, której Piotrek wręczył butelkę. Potem razem poszli na tyły domu. W basenie pływało kilka osób. Kilkanaście innych tańczyło w rytm głośnej muzyki. Piotrek położył plecak na równo przyciętej trawie i wskoczył do basenu.
                        W pewnym momencie rozległ się huk.
                        Woda w basenie zabarwiła się na czerwono.
                        Kolejny huk.
                        Ada upadła na ziemię.
                        Ostatni wystrzał.
                        Tym razem kula dosięgła Zuzy. Czyżby to łowcy stali się ofiarą?

____________________

Cześć!
Dziękujmy Szylwii za przepisanie mojego one-shota ♥
Jak wiecie - one-shot musi być krótki i taki właśnie jest. Został on już poprawiony przez polonistkę, więc nie powinno być błędów (chyba że moje Szylwiu takowy popełniło ;-;).
Więc... nie wiem co mam jeszcze napisać :/
Następny rozdział powinien pojawić się najdalej w czerwcu. xd Jak myślicie: Do jakiego opowiadania będzie następny rozdział? Jestem ciekawa Waszych odpowiedzi. :D
Trzymajcie się i niech sprzyja Wam pogoda taka jak dzisiaj w okolicach Katowic (jest tak gorąco, że nie można z domu wyjść O.o)

~~I FEEL SUMMER ♥~~

Wasza denerwująca SilverGold ♥

piątek, 2 maja 2014

Rozdział trzeci - Tam, gdzie trzy światy łączą się w jeden...

Cześć Wam!
(Dusieko, widzę jak się cieszysz :p )
Reszta notki autorskiej tradycyjnie, pod rozdziałem.




Pierwsze promienie słońca wpadły do pokoju Will’a rozświetlając go ciepłą pomarańczową barwą. Chłopak przeciągnął się i wstał z najwygodniejszego posłania, na jakim miał okazję spać. Rozejrzał się dookoła i podszedł do okna. Dom, w którym nocowali zdawał się wyrastać z drzewa. Kilkanaście metrów od niego była druga taka chatka, a dalej trzecia. Jeden z nich stał dokładnie naprzeciw. W ten sposób Will zaglądał do okna jednego z pokoi.
Stała tam postać ubrana w skórzany kaftan. Była zwrócona tyłem do chłopaka, więc widział tylko jej plecy oraz długie, opadające poniżej ramion złote loki...
-Kobieta? – zdziwił się tylko, a ona w tym czasie odwróciła się do niego przodem. Zobaczył jej twarz, na której najpierw wymalowane było zaskoczenie, potem zdziwienie i zainteresowanie, a na koniec wrogość. Zauważył w jej ręce kartkę i bordową kopertę. Nie miał okazji przyjrzeć się jej dłużej, bo nieznajoma odbiegła od okna.
Will wciągnął na siebie biała koszulę, brązowe bryczesy i skórzane buty. Pobiegł do salonu, gdzie czekali na niego Castiel i Jake. Siedzieli przy stole i jedząc śniadanie czytali list z zielonej koperty.
 - Cześć – przywitał się, siadając do stołu.
 - Hej – odpowiedzieli równocześnie. – Smacznego – dodał Castiel i wrócił do czytania.
 - Co to? – Zapytał Will, wskazując skinieniem głowy pożółkły papier zapisany zielonymi literami. W przeciwieństwie do braci Haravell on nie potrafił czytać.
 - List od tej całej Nerii. – Odpowiedział Jake, odchrząknął i zaczął czytać:

                        „Drużyno z Cherits!
Rozpoczynamy dziś trening do zawodów o Sok Z Magicznego Drzewa. Po śniadaniu zbierzcie się na placu głównym, gdzie otrzymanie resztę informacji.
            Konkurs jest oparty na prawach lasu i elfów oraz przysięgi Srebrnego Jabłka.
            Oto one:
1.       Wszyscy uczestniczy muszą przeżyć. Morderstwo podlega karze śmierci.
2.       Zabrania się krzywdzenia zwierząt, zarówno magicznych jak i niemagicznych. Wykroczenie to podlega karze śmierci (pod sądem elfa-opiekuna).
3.       Zabrania się sojuszy z drużynami innych państw. Spisek podlega sądowi elfa-opiekuna drużyny.
4.       Zabrania się niszczenia lasu. Podlega to sądowi elfa-opiekuna drużyny lub karze śmierci.
5.       Zabrania się oszustwa, które podlega sadowi elfa-opiekuna drużyny.
6.       Zabrania się używania czarnej magii. Konsekwencją jest wydalenie z drużyny.
7.       Bunt uciszany jest natychmiastowo i karany wydaleniem z drużyny.
8.       Wszystkie inne wykroczenia rozstrzygane będą przez sąd elfa-opiekuna drużyny.
9.       Zawody kończą się, gdy jedna z drużyn zdobędzie Jabłko Magicznego Drzewa, odpowiadające barwom swojego królestwa.

Jako, że ja jestem Waszym elfem-opiekunem wszystko ustalacie ze mną. Musicie przestrzegać tych zasad, dlatego radzę Wam zostawiać sobie wszystkie listy.
Do zobaczenia na treningu.
Neria            

PS. Powodzenia!"

 - Ciekawe. – Mruknął Will i odstawił talerz.
 - Musimy iść. – Zarządził Castiel. Sięgnął po swój płaszcz i wyszedł. Will i Jake podążyli za nim. Główny plac znajdował się niedaleko. Był naprawdę ogromny. Stał tam dom rodziny królewskiej, stajnia, strzelnica i biblioteka. Will nigdy czegoś takiego nie widział. Drzewo domowe władców tej puszczy było większe niż pałac Suzerena w Register. Gdy był młodszy często żebrał pod ogromną budowlą i zazdrościł jej właścicielowi pieniędzy oraz tego, że nigdy nie przymierał głodem.
Na środku placu stała Neria i czekała na nich z rękami skrzyżowanymi na piersi. Podeszli do niej.
 - Spóźnienie! – Powiedziała, a oni zrobili przepraszające miny. – Truchtem dwa kółka wokół placu! – Rozkazała i drużyna jej posłuchała. Gdy wrócili Neria dała im znak, żeby usiedli.
 - Dziś pierwszy dzień treningu – zaczęła. – Ustaliśmy wraz z komisją, że poświęcimy go na naukę jazdy konnej.
 - Co z naszymi końmi? – przerwał jej Castiel.
 - Chyba nie myśleliście, że pozwolimy wam jeździć na tych szkapach?! – wyśmiała go, a potem dodała. – Jeśli będziecie tego chcieli, to zwrócimy je po zawodach. Na ten czas dostaniecie konie, które są o niebo lepsze. Wam przydzielono… hmm… jakie one miały imiona…? Już wiem, Blitz i Donner.
 - A trzeci? – zapytał Will po dłuższej chwili.
 - Miały być po dwie osoby z królestwa, nieprawdaż? Ale masz rację. Musisz poprosić o współpracę Zoltara.
 - Jak to o współpracę? Przecież to w końcu koń, zwierzę…? – zdziwił się chłopak.
 - Zoltar to magiczne, mówiące zwierzę, dlatego uważaj na słowa małolacie! – warknęła rozzłoszczona i poszła w stronę stajni. Oni poszli za nią.
Will lubił chodzić po stajniach. Lubił zapach tam panujący i obecność zwierząt. Nie przepadał za tymi małymi pieskami salonowymi, w których lubowała się Jenny. Za to konie były stworzeniami, na które warto zwrócić uwagę.
Stajnia była ogromna. Były tam trzy alejki, po których prawej i lewej stronie znajdowały się rzędy boksów. Neria poprowadziła ich w prawo. Konie Castiela i Jake’a stały pierwsze od wejścia. Zoltar stał po drugiej stronie, więc Will nie zważając na nic udał się tam.
 - Gdzie idziesz? – zapytał Castiel z pretensją. – Wracaj tu i słuchaj, bo nie będziesz brał udziału w zawodach, tylko zatrudnimy cię jako giermka – bracia roześmiali się nieprzyjemnie.
 - Że niby co?! – Zdenerwował się Will. – Neria? – Spojrzał na elfkę błagalnym wzrokiem.
 - Nie będzie waszym giermkiem, tępaki! - uderzyła się otwartą dłonią w czoło i stała tak dłuższą chwilę. - Walnijcie wy się w te puste łby i zacznijcie słuchać ze zrozumieniem!
 - Dobra, dobra... - Cass uniósł ręce w pojednawczym geście. - Już słuchamy.
 - Willu, ty musisz tu na mnie poczekać, bo z tobą jest więcej pracy. Wy! - Wskazała Casa i Jake'a. - Słuchać mnie uważnie! Blitz i Donner to konie szlachetnej półkrwi. Są wszechstronne, wytrzymałe, bardzo wyrozumiałe, a także delikatne. Musicie uważać. Tutaj macie siodła i ogłowia. - powiedziała, wskazując ekwipunek. - Ubierzcie je, a ja idę z Willem do Zoltara. Nie zepsujcie nic - pogroziła im palcem i poszła z chłopakiem na drugą stronę stajni. Dyskretnie spojrzała do boksu ogiera.
 - Witaj Nerio. - Odezwał się bułany. - Kogo mi przyprowadziłaś?
 - To jest Will. Chłopak chciałby cię prosić...
 - Elfko! Stworzenie ma język i potrafi mówić, więc nie wyręczaj go, tylko idź do twojej drużyny, bo słyszę, że sobie nie radzą.
Neria jak oparzona pobiegła do Jake'a i Castiela. Ogier spojrzał na chłopaka.
 - To o co chciałeś mnie poprosić, Willu?
 -  Ja chciałem... potrzebuję... czy mógłbyś zostać moim wierzchowcem?
 - A nie dali ci kogoś z tych zwykłych koni? - Zapytał Zoltar ze spokojem.
 - W drużynie mogą być tylko dwie osoby i Neria nie może dać mi konia, a mój kuc się ponoć nie nadaje.
 - No i ma rację! - Parsknął śmiechem ogier. - Zostanę twoim transportem, ale będziesz trzymał się zasad, które ci wyznaczę.
 - Dobrze - odparł Will i uśmiechnął się szczerze. - Możesz mówić.
 - A więc, nie będziesz zakładał mi ogłowia. Siodło, jeśli już, to luźno, bo jest bardzo niewygodne. I nie kop mnie, tylko komunikuj się ze mną za pomocą myśli. Czy mógłbym wejść w twój umysł, żebyś mógł mi przekazywać, co mamy robić?
 - Tak - odparł Will i zamknął oczy. Poczuł myśli Zoltara. To było coś nowego, dziwnego. Nigdy czegoś takiego nie przeżywał i w ogóle nie miał zielonego pojęcia, dlaczego się zgodził. Neria nie miała w sobie tego czegoś, co posiadał ten wysoki bułany ogier.
 - Co robicie? - przerwała im elfka. Will otworzył oczy i zobaczył, że Neria niesie ekwipunek. Zoltar popatrzył na nią ze zdziwieniem i poirytowaniem. Czarnowłosy zastosował się do poleceń mówiącego zwierzęcia i po uprzednim dokładnym czyszczeniu założył siodło, zapinając luźno popręg. Ogłowie przewiesił przez drzwi boksu i wyszedł z Zoltarem na korytarz.
Castiel i Jake zrobili to w tym samym czasie. Ich konie były kare, z długimi grzywami i szczotami na pęcinach.
 - No dobrze! - Neria pojawiła się jak gdyby znikąd. - Idźcie na padok... Willu, czemu nie dociągnąłeś popręgu?
 - Zoltar powiedział...
Elfka spiorunowała ogiera wzrokiem.
 - Nie słuchaj go. - przerwała mu - Spryciarz chciał się wymigać od pracy! Podciągnij normalnie, do końca.
Will wykonał polecenie. Koń spojrzał na niego błagalnym wzrokiem. Niestety, chłopak musiał dbać o własne interesy, a nie chciał zsunąć się z siodła na oczach wszystkich drużyn.
 - Bawcie się dobrze i nie połamcie się! - zakończyła i przy pomocy magii rozpłynęła się w powietrzu.
Poszli na maneż. Tam czekały na nich drużyny z Sharem i Anosses. Na środku stał elf z krótkimi, ciemnoblond włosami.
 - Witajcie! - odezwał się i podszedł bliżej. - Mam na imię Dean i jestem trenerem jazdy konnej... Zoltar?
 - Czego chcesz elfie? - burknął ogier.
 - Ty przecież nie chodzisz pod siodłem! - Dean nie potrafił ukryć zdziwienia.
 - Nie chodzę pod siodłem, tylko współpracuję z Willem - odparł i dumnie uniósł łeb do góry.
 - Ciekawe... - mruknął pod nosem elf, a potem powiedział już na głos - Na koń!
Wykonali polecenie trenera i włączyli się na koniec zastępu.
Przed nimi jechało kilka osób. Blondynka, pochodząca z Anosses, którą Will widział w oknie, jechała na gniadej klaczy na początku zastępu. Za nią jechała krótko obcięta brunetka, także z Anosses, na siwym wałachu. Następnie albinos, który pochodził z Sharem, na karo-srokatym ogierze i długowłosa szatynka siedząca w siodle izabelowatej klaczy.
 - Zróbcie pomiędzy sobą większe odstępy i ruszcie kłusem! - powiedział elf, biorąc do ręki długi bat.
Will zrobił z Zoltarem dużą woltę i poprosił go w myślach, żeby ruszył kłusem.
Nie - odparł koń.
Dlaczego? Proszę cię... - mówił nadal Will
Chłopak wbrew woli Zoltara przycisnął delikatnie łydki. Jego wierzchowiec jak oparzony ruszył kłusem.
Ogier miał wygodny chód.
Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał zdenerwowany.
Nie dawałeś mi innego wyboru... – odparł.
Koń natychmiast przeszedł do stępa.
 - Co jest? - zapytał Dean - Zoltarze, nie rozczulaj się nad sobą i idź tym cholernym kłusem!
Na maneżu rozległ się trzask Deanowego bata i ogier z ociąganiem ruszył kłusem.
Will czuł zły nastrój ogiera, ale nie mógł pozwolić by bułany cały czas wlókł się swoim ociąganym stępem.
 - Zmieńcie kierunek! - rozkazał trener i uczestnicy wykonali odpowiednie figury.
Tym razem Zoltar ociągał się jeszcze bardziej. Will przycisnął delikatnie łydki i ogier podskoczył na tylnych nogach, prawie wysadzając jeźdźca z siodła.
Dean zareagował natychmiast i strzelił ogiera w zad swoim długim batem. Zoltar jednak nie pozostał mu dłużny. Posłał w myślach do Willa szybkie: "Trzymaj się mocno", odwrócił się, złapał w zęby długi Deanowy bat, wyrywając go właścicielowi z ręki i uciekł szybkim galopem na drugą stronę maneżu.
Dla postronnego obserwatora musiało to wyglądać komicznie i  tak było. Jake i Cass śmiali się do rozpuku, kiedy Will walczył, aby utrzymać się w siodle szalonego ogiera. Reszta tylko chichotała pod nosem.
Elf bez zastanowienia pobiegł za swoim przeciwnikiem. Był wysportowany, ale przecież nikt nie mógł się równać w wyścigach z rosłym bułanym koniem.
 - Jak Will spadnie, to będzie twoja wina! - powiedział po kilku minutach znudzony już pościgiem za batem.
Rzeczywiście. Zoltar nie zauważył, że jego jeździec ledwo już trzyma się w siodle.
 - Niech ci będzie... - odparł i wypuścił bat spomiędzy zębów. Potem radosnym kłusem z zadartym wysoko łbem wbiegł na ścieżkę. Był wyraźnie dumny z siebie i swojego wyczynu.
Lepiej ci? - zapytał zmęczony Will.
Jak najbardziej - odparł.
Jakkolwiek koń może się uśmiechać, Zoltar właśnie to robił. Szczerzył zęby, doprowadzając Dean'a do szewskiej pasji.
 - Ruszcie galopem - polecił elf bez wyraźnego entuzjazmu, który był odczuwalny na początku treningu.
Po kilku minutach przeszli do stępa. W tym czasie jednak zdążyli spaść Castiel ze swojego karusa i tamten albinos z Sharem.
Elf tłumaczył wszystkim w teorii jak mają jeździć, żeby "dogadać" się z końmi, aby ich nie zepsuć i, co najważniejsze, jak z nich nie spadać. Opisywał charakter każdego konia oprócz Zoltara.
 - Zaprowadźcie konie do boksów i wyczyśćcie je. Po obiedzie jazda na oklep - zakończył Dean, wywołując wyraźny wyraz niezadowolenia u Casa i Jake'a. - I błagam, przedstawcie się chociaż sobie, bo podczas treningów jesteście jedną drużyną! Mówicie w tym samym języku i macie ten sam cel. Na rywalizację przyjdzie czas na zawodach.
"Łatwo mu mówić" -  Will usłyszał myśli blondynki z Anosses i skierował Zoltara ku stajni.
Chłopak zsiadł z niego, zdjął siodło i dokładnie wyczyścił. Poklepał jeszcze konia po szyi i zaprowadził do boksu.
 - Jak ty to robisz? - Will usłyszał za sobą głos Nerii.
 - Ale co? - zdziwił się chłopak i spojrzał w stronę elfki.
 - Najpierw znajdujesz symbol Srebrnego Jabłka, a teraz jakimś cudem dogadujesz się z Zoltarem, który nie akceptuje, od tak sobie, byle kogo.
 - Wszystko słyszę, ty stara wiedźmo! - Zagrzmiał ogier i odwrócił się zadem w ich stronę.
 - Może lepiej zaprowadzę cię na obiad. - Powiedziała elfka i ruszyła w stronę wyjścia.
Chłopak jeszcze raz spojrzał na bułanego, a potem podążył za Nerią.

*

Stworzenie cierpliwie czekało. Wydrapywało pazurkami miękką ziemię spod swoich dużych jasnych łap.
 - Cierpliwości. - Ktoś szepnął do mu do ucha. - Już niedługo, to tylko kwestia kilku tygodni.

______________________________

~*~ Rozdział poprawiony przez Breenę ~*~

            Ludzie witajcie! Jak napisałam w notce informacyjnej: Rozdział - niespodzianka. Długo nie pisałam tego opowiadania, bo... najzwyczajniej w świecie zgubiłam rękopis! O.o
Ale cóż... takie życie... ;-;
Uwaga! Zrobiłam szablon!
Podgląd na dole...
Najważniejsza Wasza opinia!
CZY TEN SZABLON MOGĘ WSTAWIĆ NA BLOGA, czy mam próbować dalej? (ewentualnie co mam zmienić)


~~Wasza SilverGold

czwartek, 1 maja 2014

Witajcie, witajcie - czyli króciutka notka informacyjna.

Post jak post, całkiem normalny, żeby jakkolwiek coś się na blogu działo.
Jest cicho... nie lubię tej ciszy, wiem, że Wy też... dlatego:
1. Znalazłam betę! Cieszmy się wszyscy, że ktoś zgodził się mi pomóc! Adres do jej bloga --> >KLIK<
2. Wysłałam już Breenie rozdział - niespodziankę do sprawdzenia.
3. Jest ankieta! Głosujcie i pokażcie mi, co mam pisać. ;)
Cały edit dodam jak tylko skończę szablon na bloga. (Tak, zobaczycie wkrótce moje "arcydzieło", które w żadnym stopniu nie powinno się tym mianem nazywać ;-; )

Dobra... krótki post, ale informacje są :)
Żegnam Was i do zobaczenia przy rozdziale! ;*

~~Wasza Silver ^_^

PS - Jakkolwiek mogło zabrzmieć groźnie - nie rozstaję się z bloggerem xD

czwartek, 13 marca 2014

Rozdział pierwszy - Projekt "Europa"


"Losowanie"


            Evanlyn razem ze swoją przyjaciółką, czarnowłosą Mirelle, siedziała w ostatnim rzędzie jednego z trzech przepełnionych autokarów. Jasna blondynka o ciemnobrązowych oczach obserwowała kolorowe napisy na ogromnych bilbordach reklamujące przeróżne produkty z półek hipermarketów. Ekrany ledowe świeciły kolorowymi i ruchliwymi reklamami; tu jakiś proszek do prania, z drugiej strony oranżada.
Niektóre z nich prezentowały ten ogólnoeuropejski projekt... Evanlyn nie wiedziała po co on jest. Może inne dziewczyny czuły wstręt do chłopaków, ale ona nie. Kiedyś przyznała się do tego matce. Tamta ją wtedy wyśmiała i odesłała do pokoju, mówiąc, żeby nikomu o tym nie wspominała.
Jechali do stolicy kolonii polskiej, miasta o nazwie Kraków.
"Pięć minut do celu", oznajmiła opiekunka i dziewczyny obecne w autokarze zaczęły pakować swoje rzeczy. Evanlyn razem z Mirelle także schowały własności do toreb. Blondynka miała ze sobą niewiele przedmiotów. Ulubiony szkicownik, niezastąpiony piórnik, telefon, słuchawki oraz sok pomarańczowy w butelce po taniej oranżadzie. Za dużą, czerwoną bluzę zawiązała w pasie i czekała na zatrzymanie się autokaru.
Autobusy stawały jeden obok drugiego na prowizorycznym parkingu. Tłumy ludzi w podobnym wieku wylewało się na wielki plac, który w normalnych okolicznościach służył za ogromne lotnisko. Informowała o tym tabliczka zawieszona na stalowym płocie: "LOTNISKO: KRAKÓW - BALICE"
Jedyną maszyną, która stała na zewnątrz był czarny helikopter. Tym środkiem transportu wylosowani mieli dostać się do kurortu. Niedaleko maszyny była postawiona scena, której tylna ściana składała się z wielkiego telebimu. Na podeście były dwie ogromne, szklane kule z karteczkami do losowania, a pomiędzy nimi mikrofon na stojaku. Wokół tego wszystkiego było pełno policji i ochrony w czarnych, kuloodpornych strojach.
Do sceny prowadziły dwie długie, wyznaczone przez taśmy bezpieczeństwa, kolejki. Jedną szli chłopcy, a drugą dziewczyny. Przed wejściem na teren lotniska stała kontrola z wykrywaczami metalu i sprawdzali wszystkie torby, plecaki oraz kieszenie.
Przyjaciółki ustawiły się w odpowiedniej kolejce. Teraz przez kilkanaście minut miały czekać na przejście przez bramki.
 - Gorąco. - Stwierdziła Mirelle, wyciągając z torby przyjaciółki niebieską teczkę. Zaczęła się nią wachlować, a powietrze częściowo dolatywało również do Evanlyn.
Czarnowłosa miała rację. Powietrze miało temperaturę około trzydziestu stopni Celsjusza, a atmosfera losowania dodatkowo ją zwiększała.
Blondynka poczuła krople potu spływającego po plecach i dekolcie. Sięgnęła do kieszeni rybaczek i wyjęła gumkę do włosów. Przeczesała jasne fale palcami i spięła je w wysoki, niedbały kok. Będzie je musiała wieczorem umyć, żeby były ładne na sobotnie przyjęcie.
Mirelle miała średniej wielkości rozkładany basen, więc będą miały gdzie się schłodzić. Zapowiedzieli przecież trzydziesto pięcio stopniowy upał.
Kolejka powoli przesuwała się w stronę bramek. Po kontroli szło się już szybciej, ale na razie przyjaciółki przesunęły się dopiero o kilka kroków.
Evanlyn spojrzała za siebie. Tam kolejka była krótsza. Potem popatrzyła na tłum przed sceną i wyobraziła sobie, że ci ludzie stoją tam od kilku godzin.
Podeszła trochę bliżej Mirelle, która z zapałem machała wypchaną teczką.
 - Tak w ogóle, to po co tyle zamieszania? - zapytała cicho czarnowłosą przyjaciółkę.
 - Nie wiem. - Odparła.
 - Przecież nie musieli ściągać całego rocznika w jedno miejsce...
Evanlyn chciała dodać, że zastanawia się po co w ogóle jest ten projekt, ale w porę ugryzła się w język.
Współczuła tylko osobom, które zostaną wylosowane. Większość z nich choruje, jak tylko zobaczy osobę przeciwnej płci na ulicy. Ona o dziwo potrafiła tolerować mężczyzn, ale podobnych do niej było niewielu.
Kolejka posunęła się o kolejne kilka kroków.
Tak szczerze, to gdyby nie Projekt, to chętnie pojechałaby na wyspę. Każdy miał mieć wybrane przez siebie zajęcia i musiał zdobyć podstawowe wykształcenie. Na uczestników czekali styliści, wiele atrakcji, różne formy rozrywki, plaże. Szkoła na wyspie była najlepsza w całej Europie...
Pracowali tam jednak odmieńcy. Ludzie ściągnięci z zakamarków świata, zarażeni Delirią, niebezpieczni. Dodatkowo swobodę wylosowanych ograniczał nieustanny monitoring.
Nie. Evanlyn nie chciała zostać wylosowana, tak samo z resztą, jak wszyscy tutaj obecni.
Kolejka posunęła się o kolejne kilka kroków i Mirelle oddała przyjaciółce teczkę. Czarnowłosa miała być następna.
Blondynka schowała ją do torby i czekała na swoją kolej.
Szatynka przed nimi przeszła przez bramki i skierowała się w stronę tłumu drogą wytyczoną przez żółte taśmy bezpieczeństwa.
Teraz nadeszła kolej na Mirelle. Wykrywacz metalu nie zapiszczał. Szczęście. Czarnowłosa przeszła i zatrzymała się kilka metrów dalej z zamiarem poczekania na przyjaciółkę. Policjantka jednak nie pozwoliła jej na postój i pogoniła, aby szła dalej. Mirelle spojrzała w stronę blondynki, a potem wykonała polecenie i ruszyła w stronę tłumu.
Następnie przyszła kolej na Evanlyn. Pik, pik, pik - pik - pik - pik. Wykrywacz metalu wyczuł coś w jej torbie. Policjantka kazała jej wyłożyć zwartość torby na stolik. Blondynka zrobiła to, a kobieta przyłożyła wykrywacz do przedmiotów. Zatrzymała go przy piórniku.
Nożyczki, rzuciło się na myśl nastolatce i wyciągnęła je. Wykrywacz jeszcze bardziej zaczął piszczeć, więc policjantka go odsunęła.
 - Oddaj. - Rozkazała i dziewczyna posłusznie podała kobiecie przedmiot. Potem spakowała swoje rzeczy do torby i przeszła przez bramki.
Skierowała się w stronę kolorowego tłumu przed sceną. Przy taśmie co dziesięć metrów stała zamaskowana policjantka na wypadek prób ucieczki. Jednak Evanlyn wątpiła by cokolwiek takiego mogło mieć miejsce. Przecież nikt nie chciał problemów z prawem... Dziewczyna przestała o tym myśleć, zobaczywszy krwawą plamę na betonie.
Na placu ustawiła się obok Mirelle, jako pierwsza z brzegu. Widziała dobrze całą scenę. Chciała zamienić się z przyjaciółką, ale jedna z policjantek jej nie pozwoliła.
Na scenę weszła kobieta. Wyleczona. Czarne jeansy, włosy tego samego koloru upięte wysoko w jakiejś fantazyjnej fryzurze.
 - Witajcie! - zaczęła, a z głośników rozległ się pisk. Evanlyn zasłoniła uszy, a wyleczona skinęła ręką na pracownika obsługi dźwięku.
 - Witajcie droga młodzieży! - odezwała się po chwili raz jeszcze. - Witam was na polskim losowaniu uczestników projektu! - chwila ciszy - Każdy z was zna zamiary naukowców i wyraża zgodę na jego wylosowanie. - Kolejna pauza. - Czy ktoś z was zgłasza się na ochotnika?
To było dziwne. Losowanie, a jednak pytają się o ochotników.
Nikt się nie odezwał, nie podniósł ręki.
 - Nikt? - zapytała z udawanym zdziwieniem. - To cóż trudno... zaczniemy od losowania chłopców.
Prezenterka podeszła do kuli po jej lewej stronie. Lekko zamieszała wśród skrawków papieru i aktorskim gestem wyciągnęła jedną. Potem wróciła do mikrofonu i rozłożyła karteczkę.
 - A więc... chłopcem wylosowanym jest... - wszyscy zamarli, a kobieta teatralnie przeciągała pełną napięcia ciszę. - Wiśniewski Liam! - uśmiechnęła się, a wyczytany zbladł i wszedł na scenę.
Teraz kobieta podeszła do kuli z nazwiskami dziewczyn. Zamieszała troszkę i w podobny sposób wyciągnęła papier. Wróciła do mikrofonu.
 - Wylosowaną pośród dziewcząt jest... Ciaś Angelika!
Nastąpiła cisza. Nikt się nie poruszył, a Evanlyn wraz z Mirelle odetchnęły z ulgą. Jak przecież mogło trafić na którąś z nich?
Do kobiety na scenie podszedł ochroniarz w czarnym stroju. Powiedział jej coś na ucho, a tamta skinęła głową.
Brunetka podeszła do kuli raz jeszcze, a Evanlyn skręcił się żołądek. Kobieta wyciągnęła karteczkę i wyczytała:
 - Wylosowaną jest... Dąbrowska Evanlyn! - na twarz kobiety wstąpił uśmiech.
Mirelle zbladła, a jej przyjaciółka prawie zwróciła drugie śniadanie. Nastolatka wyprostowała się i blada jak ściana wyszła na środek. Skierowała się w stronę sceny. Czuła na sobie spojrzenie wszystkich zgromadzonych tu osób.
 - Chodź tutaj, dziecko. - Zwróciła się do niej brunetka.
Niskie schodki prowadzące na scenę wydawały się blondynce naprawdę wysokie. Dotarła i stanęła obok kobiety.
 - Oto uczestnicy naszego projektu! - powiedziała zadowolona. - Liam, Evanlyn, chcecie coś powiedzieć?
Wylosowani jednak nie potrafili się ruszyć. Widzieli przed sobą tłum ludzi. Tłum, z którego właśnie zostali wylosowani. Dwie osoby z setek tutaj obecnych...
 - Dziękuję za przybycie! - ogłosiła na zakończenie brunetka i skierowała się w stronę helikoptera.

______________________________

Hej, hej, witajcie w rozdziale pierwszym!
Znając życie jest strasznie przewidywalny, ale postanowiłam go w końcu dodać, bo w sumie... ponad miesiąc nic się tu nie działo ;-; (dokładnie 42 dni o.o , tak, policzyłam!)
Moją pracę na brudno - wszyściuteńkie karteluszki i inne papierki dotyczące tego rozdziału dodam później w edit c:
Mam nadzieję, że się podobało i idę na lekcję wychowawczą... (nie ma to jak przepisywanie rozdziału w szkolnej bibliotece)
Ostatnio głośno jest o jakiejś "III wojnie światowej"... jestem prorokiem ;-; ale nie martwcie się ;) opowiadanie, które miało w podtekście jej wybuch jest już w całości spalone ;) (nie będę cytować, bo będzie makabra)
Niech już będzie... idę, no, idę ;p

Pozdrowienia od SrebrnoZłotej ;**

~~Tu miejsce na EDIT~~



^_^




PS - KOMENTUJCIE



wtorek, 4 lutego 2014

Prolog - Projekt "Europa"

Rok dwa tysiące osiemset pięćdziesiąty drugi,

Z pamiętnika kapitana Woźnickiego;

24 IV '52
            "Na całym kontynencie ludzie pozbawiają się uczuć, ponieważ uważają, że ta ich "deliria*" jest chorobą śmiertelną. Ja nadal jestem pewien, że miłość jest darem i nie można być szczęśliwym, nie zaznawszy smutku."


28 IX '52
            "Remedium** jest już obowiązkowe. Nie chcę się mu poddać, bo wtedy przestanę kochać moją żonę Klarę i dzieci. Moje życie stanie się wtedy szare i matowe [...]"


19 X '52
            "Złapali Klarę! Jestem wręcz załamany. Mam ochotę niszczyć i zabijać, ale nie mogę dać tego po sobie poznać. Dzieci się boją. Musimy uciekać, najlepiej jak najdalej stąd. Byle szybko, nie mogą mnie złapać."


30 X '52
            "Uciekliśmy. Nie mogę już podróżować dalej. Wraz z nami ukrywają się Kowalscy i Kadłubkowie. Miejmy tylko nadzieję, że nas nie odnajdą."




Rok dwa tysiące dziewięćset czwarty,

Z ogólnokontynentalnych badań psychologicznych;

            "Naukowcy zauważyli, że remedium wyniszcza nasze społeczeństwo. Z najnowszych badań wynika, że zaledwie co setna osoba poniżej dwudziestego roku życia nie czuje wstrętu do płci przeciwnej [...] Z tego powodu powstał tzw. Projekt "Europa", mający na celu przywrócenie dawnych zachowań społecznych, a także wykreślenie amor deliria nervosa z listy chorób. [...] Projekt ten ma na celu umieszczenie siedemnastoletnich dziewczyn i osiemnastoletnich chłopców w kurorcie Bałtyk. [...]"
"Szesnastego października roku 2904 odbędzie się losowanie uczestników projektu. Udział wezmą po dwie osoby z kolonii (chłopak i dziewczyna). Pary zostaną przetransportowane do kurortu zaraz po ich poinformowaniu.

*amor deliria nervosa - choroba zwana miłością

**zabieg, który powoduje całkowitą utratę uczuć u człowieka

~*~*~*~

Inspirowane "Delirium" i "Igrzyska Śmierci"

~*~*~*~

Oto nareszcie prolog tego science fiction... w sumie nie wiem, co mnie naciągnęło, żebym to pisała... a co dopiero, żebym publikowała! Ha! xd podoba mi się to... prolog pisałam trzy razy, aż był "znośny".
Komentujcie, spamujcie, odwiedzajcie, wytykajcie błędy... cieszcie się życiem ;*

Wasza zawodna 

sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział pierwszy - Don't forget me


 - Teraz na kawę do Starbucks'u! - krzyknęła Marta, wychodząc z sali lekcyjnej po odebraniu świadectwa.
 - Taaak! - odpowiedziała jej Zuza i spojrzała na swoje świadectwo z biało-czerwonym paskiem. 
 - Nareszcie. - Dodała Oliwia, wymachując stypendium.
 - Jedziecie z nami? - Zuza skierowała pytanie do braci Bartka i Marcina, uśmiechając się skromnie.
 - Czemu by nie? - odparł starszy* i poszli z dziewczynami. Po drodze dołączyli do nich jeszcze Nikola, Paweł i Jasiek.
 - Co dostaniesz za pasek? - Zuza skierowała pytanie do Marty, a ta uśmiechnęła się szczerze.
 - Pojadę z Piotrkiem na Marsów**! -odpowiedziała i ze szczęścia klasnęła w dłonie. Na miejsce dojechali autobusem. Rozmawiali ze sobą, a Zuza ukradkiem spoglądała na Marcina. Teraz ich kontakt miał się urwać, bo szli do innych szkół. Zostały im jeszcze tylko dwa miesiące wakacji. W kawiarni padły zamówienia na kawę mrożoną, latte i cappuccino.
 - Za zakończenie gimnazjum i początek wakacji! - powiedziała Nikola, unosząc filiżankę do góry.
 - Za wakacje! - krzyknęli wszyscy i stuknęli się szklankami.
 - Jakież to jest zajebiste! - skomentowała Marta po upiciu łyczka swojej latte. Oliwia i Zuza jej przytaknęły.
 - Latte ze Starbucks'u zawsze spoko... - stwierdziła wysoka blondynka, odstawiając kubek na stolik.
 - Jest impreza u Łośka, - zaczął Bartek - przyjdziecie?
 - Tak! - wybuchnęła gwałtownie Marta i dodała - A kiedy?
 - Dzisiaj o wpół do dziesiątej - odpowiedział za brata Marcin.
 - A wy? Będziecie? - skierował pytanie do Oliwii i Zuzy.
 - No jasne! - odparła czerwonowłosa***, upijając warstwowego latte.

~*~

            Oliwia miała na sobie długie, czarne rurki, tego samego koloru baleriny oraz srebrną, połyskującą bluzkę na ramiączkach. Wysoka blondynka też wyprostowała włosy, zrobiła kreski i pomalowała rzęsy tuszem. Marta założyła prześliczną, czarną bluzkę, ciemne jeansy i tego samego koloru jak bluzka, baleriny. Zuza ubrała krótką, zwiewną, brązową sukienkę z szerokim, błękitnym paskiem oraz brązowe czółenka. Falowane, czerwone włosy rozpuściła, więc spływały na jej ramiona i sięgały poniżej łopatek. Furtka na podwórko Damiana była otwarta, więc dziewczyny weszły. Nie zadzwoniły, aby poinformować, że już są, bo dzwonka najzwyczajniej w świecie nie było. Drzwi otworzył im Łosiek i wraz z jego uśmiechem uderzyła w nie fala muzyki.
 - Cześć! - przywitał je wysoki szatyn - Salon jest na lewo, barek obsługuje Fabian w kuchni, która jest na prawo. Dziewczyny weszły, przywitały się z ludźmi przebywającymi w salonie i skierowały się do kuchni.
 - Elo! - przywitał je średniego wzrostu brunet, który siedział przy blacie na wysokim barowym krześle. - Co chcecie do picia? Cola, sok, czy coś mocniejszego? - zaproponował i wyszczerzył białe zęby w słodkim uśmiechu.
 - Na początek cola z lodem. - Stwierdziła Marta, opierając się o blat.
 - Dla mnie to samo. - Dodała Oliwia.
 - Dla mnie też - odparła czerwonowłosa z wyrazem obojętności na twarzy.
 - Spoko - Fabian wyciągnął trzy szklanki, wsypał do nich po dwie kostki lodu i uzupełnił colą do pełna.
 - Dzięki - powiedziała Marta i dziewczyny wzięły swoje napoje. Wyszły przez tylne wejście do ogrodu. Tam dopiero zaczynała się zabawa. Na stoliku ustawione były ogromne głośniki, didżej zapodał właśnie jakiś inny kawałek.
Marta i Zuza wpadły w ogromną radość słysząc jedną ze swoich ulubionych piosenek, a Oliwia tylko westchnęła i poszła do stolika z przekąskami. Blondynka myślała o tym, aby poprosić ojca o konia, bo przecież Zuza dostanie wierzchowca, a jest w gorszej sytuacji finansowej od niej. Już od dawna miała na oku pewnego ślicznego, siwego wałacha.
 - Cześć - zagadał do niej Michał, kolega Damiana. - to są twoje koleżanki? - wskazał Zuzę i Martę.
 - Tak - odparła - dobrze się bawią... Idę po jakiegoś drinka. - Powiedziała i udała się w stronę kuchni. 

~*~

            Zuza szukała wzrokiem Marcina. Jeszcze przed chwilą go tutaj widziała, ale to mogły być zwidy. Alkohol mógł zamącić jej w głowie, która będzie ją rano bolała jak nigdy dotąd. Udała się chwiejnym krokiem do salonu i usiadła ciężko na czerwonej sofie.
 - Tu jesteś, szukałem cię - zagadał do czerwonowłosej Bartek.
 - Gdzie Marcin? - zapytała, patrząc na niego spod powiek.
 - Nie mógł przyjść, ale kazał ci przekazać, że przyjdzie do ciebie, jak już kupisz konia, żebyś go nauczyła jeździć. Kazał się też dopytać, kiedy to będzie.
 - Po jutrze po nią jadę. - Odparła i oparła głowę na sofie.
 - Chcesz drinka? - zapytał i uśmiechnął się złowieszczo.
 - Nie. Na dzisiaj mam już dość. - Zuza odpowiadając wysiliła resztki trzeźwego umysłu. Bartek zauważył, w jakim jest stanie.
 - Chodź - powiedział i pociągnął ją za rękę w stronę schodów. Dziewczyna poszła za nim. Otworzył jedne z wielu drzwi na piętrze i ich oczom ukazała się śliczna sypialnia. - Połóż się i trochę prześpij. Powiem dziewczynom, że tu jesteś i... w jakim stanie. To tylko alkohol, czy coś jeszcze?
 - Drinki - odparła i położyła głowę na poduszce. Zaraz potem zasnęła i śniła o koniach. Jeździła w lesie na Blitz'u i Eskalacji, i miała te konie, na własność. 

~*~

 - Ehh... - westchnęła Marta - i co my z nią zrobimy?
 - Mojego taty nie ma w domu. - odparła Oliwia - Możemy nocować u mnie...
 - Albo zostać tutaj. - Wtrącił się Damian - Starzy przyjeżdżają pojutrze.
 - Dzięki, - odparły przyjaciółki i weszły do sypialni, w której spała Zuza - dobranoc. - Powiedziała Oliwia i zamknęła za sobą drzwi.

~*~

Otworzyłam niechętnie oczy oślepiona blaskiem przedpołudniowego słońca i przewróciłam się na drugi bok, próbując znów zasnąć.
 - Zuza, śniadanie! - krzyknęła z dołu moja mama. Westchnęłam tylko i zwlokłam się z posłania. Miałam dzisiaj jechać po konia. Zeszłam na dół do kuchni, usiadłam przy stole i zaczęłam pałaszować płatki z mlekiem. 
 - Kiedy przyjedzie wujek z Montaną? - zapytałam mamę o młodą klacz konika polskiego, która miała być towarzyszką mojego konia.
 - Dzisiaj o dwudziestej, jak dobrze pójdzie. - Odparła mama i usiadła przy mnie z kubkiem gorącej kawy.
 - O której wyjeżdżamy? - mama zadała pytanie, na które odpowiadałam już od tygodnia. 
 - Oliwia i Marta przyjeżdżają tu o czternastej. Zabierzemy gotówkę i pojedziemy. - Odrzekłam.
 - A potem wy idziecie na piechotę do stajni, a ja mogę jechać na zakupy.
 - Tylko go trochę rozchodzimy i weźmiemy cały sprzęt.
 - Dobra, a teraz idź się ubrać, bo nie pojedziemy! - zagroziła mi, a ja wształam od stołu, szybko podziękowałam za posiłek i pobiegłam na górę. Wzięłam przysznic, zrobiłam delikatny makijaż i założyłam brązowe bryczesy oraz krwistoczerwoną bokserkę. Byłam gotowa na czas. Zbiegłam szybko po schodach, a z szafki w przedpokoju wyciągnęłam mój kask i metrowy bat. Usłyszałam dzwonek, więc nacisnęłam przycisk otwierający furtkę.
 - Chcesz jeszcze coś zjeść? - zapytała mnie mama. - Mamy jeszcze pół godziny.
 - Zapakuję sobie coś, a ty idź już może odpalić auto?
 - Dobra - odpowiedziała, wzięła torebkę i wyszła, wpuszczając do środka dziewczyny. 
 - Cześć! - powiedziała Marta i przytuliła się do mnie. Miała na sobie legginsy moro, czarne trampki oraz tego samego koloru bluzkę na ramiączkach. Oliwia  założyła ciemnoniebieską bokserkę, czarne bryczesy, które jak zwykle były przykrótkie oraz skórzane sztylpy.
 - Hej! - odpowiedziałam i uśmiechając się włożyłam do siatki kilka pokrojonych jabłek i trzy banany.
 - Schowasz mi to do torby? - zapytałam Martę, a ta wzięła ode mnie pakunek i schowała do czarnej torebki, z którą rzadko się rozstawała.
 - I to! - dodałam, wręczając jej klucze do stajni i telefon, ponieważ nie mieścił mi się w kieszeni bryczesów.
 - Dobra, jedziemy? - niecierpliwiła się Oliwia. - Lepiej być wcześniej niż za późno. 
 - Spoko, co się tak denerwujesz? - odparłam i poszłam do przedpokoju. Tam założyłam skórzane sztylpy i zawiązałam w pasie cienką brązową bluzę. Razem wyszłyśmy z domu, a ja zamknęłam na klucz drzwi frontowe. Wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy do stajni
Po piętnastu minutach dotarłyśmy na miejsce. Wysiadłyśmy z granatowego Volkswagena i poszłyśmy w stronę  największego budynku. Dwa owczarki niemieckie zapowiedziały nasze przybycie głośnym szczekaniem.
 - Dzień dobry! - przywitałyśmy się z panią Asią, właścicielką stajni.
 - Dzień dobry. - Opowiedziała i podeszła bliżej nas. - Wy przyszłyście po tego ogiera?
 - Tak, - odpowiedziałam - moja mama ma pieniądze. Gdzie on jest?
 - Na łące, ale... będziesz jeździć? - zdziwiła się kobieta.
 - Jeśli możemy, to skorzystamy. - Powiedziałam.
 - Idź. Weź ze sobą uwiąz. - Zgodziła się pani Asia, a my poszłyśmy do siodlarni. Wzięłyśmy moje wszechstronne siodło z czerwonym czaprakiem i tego samego koloru owijki. Następnie poszłyśmy po uwiąz i na łąkę, zostawiwszy najpierw sprzęt przy belce, przy której siodła się konie.
Przy barierkach stałą rodzina z czteroletnim dzieckiem. Mój koń był akurat blisko.
 - Konik w kropki! - wykrzyknął chłopczyk, a "Dalmatyńczyk" postawił uszy. Był zadziwiająco czysty. Zwykle musiał się gdzieś wytarzać. Uprzykrzanie mi życia czyszczeniem jego biało - czarnej sierści należało do jego ulubionych zajęć. Weszłam na pastwisko i przypięłam pożyczony uwiąz do jego czerwonego kantarka. Zdecydowanie ten kolor był moim ulubionym. Ślicznie w nim wyglądał. Miał białą sierść z czarnymi kropkami i jedno, prawe rybie oko, a jego bujna grzywa i długi ogon miały pasemka. Ogier był dość duży. Określałam jego wzrost na sto sześćdziesiąt centymetrów w kłębie.
Przytuliłam się do mojego konia. Tak, wreszcie był mój! Na sto procent, w całej swojej okazałości!
 - Kocham cię Mirażu. - Wyznałam i zamknęłam oczy. 

~*~

Wyjaśnienia:
*Marcin jest starszy
**Zespół Thirty Seconds to Mars (koncert - Rybnik 2014 *_____* )
***Zuza ma czerwone, farbowane włosy
________________________________________

Hejoł! Oto macie, proszę rozdział pierwszy końskiego opowiadania. Bardzo przepraszam za zmianę osoby, ale nie umiałam dalej pisać w trzeciej... :c
Wypisujcie wszelkie błędy, błagam, bo wszyscy wiedzą, że nikt nie jest idealny. :p 
Na koniec ostatnia informacja: KOMENTUJCIE! Możecie nawet hejtować, ale chcę widzieć chociaż dwa komentarze pod tym postem! Zrozumiano? xD
Nie przejmujcie się mną, głupawka. Ja tak czasem - czasem często, mam, a potwierdzić to mogą osoby w moim codziennym otoczeniu. :p

Pozdrówka,
SilverGold



poniedziałek, 6 stycznia 2014

One shot - Muza&Malfoy

Opowiadanie Potter'owskie, akanoniczne


"Tell me would you kill
To save a life
Tell me would you kill
To prove you're right"


 - Zapomniałaś chyba, że już nie masz władzy nad światem... - Powiedział Malfoy i skierował w moją stronę swoją różdżkę.
 - Dlaczego chcesz to zrobić? - Zmieniłam temat. - Znam cię na tyle, że wiem, jakie uczucia siedzą w tobie teraz...
 - Nawet nie próbuj tych swoich sztuczek. Nie zwiedziesz mnie, nie tym razem!
 - Draco opuść różdżkę! - Usłyszałam za sobą głos Harry'ego.
 - Nie wtrącaj się Grzmotter! - Blondyn prawie wypluł ostatnie słowo. - To ie twoja sprawa!
 - Jak nie moja?! To moja przyjaciółka, a ty chcesz ją zabić!
 - To też nasza przyjaciółka! - Powiedziała Hermiona wraz z Ron'em wymierzając różdżkami w Malfoy'a
Wtedy przypomniałam sobie nasz pierwszy pocałunek. Siedziałam wtedy wieczorem na ławce w jednym z najbardziej opustoszałych korytarzy. Byłam przygnębiona, ponieważ Gryffindor znów nie zdobył pucharu domów. Usłyszałam kroki w końcu korytarza. Nawet nie spojrzałam w tamtą stronę. Dźwięk się zbliżał. Była to jakaś samotna osoba.
 - Cześć - usłyszałam męski głos - mogę się przysiąść? - Zapytał, a ja podniosłam na niego wzrok. Był to Draco Malfoy.
 - Jeśli zniesiesz obecność Gryfonki... - odparłam, a on usiadł obok mnie.
 - A ty zniesiesz obecność Ślizgona? - Zaśmiał się blondyn.
 - Dla mnie czarodzieje ze Slytherinu czy z Gryffindoru niczym się nie różnią. Tylko po prostu mają nieco inne cechy charakteru.
 - Jak dostałaś się do swojego domu?
 - Nie mnie się pytaj. Jeśli masz jakieś wąty to do Tiary Przydziału.
 - Dlaczego akurat to miejsce? - Blondyn zmienił temat rozglądając się dookoła.
 - Ale co?
 - Dlaczego tutaj siedzisz? Tak sama, a nie kręcisz się gdzieś z Potterem?
 - Lubię go, ale nie mam jakichś szczególnych zdolności, aby jakoś umieć wybrnąć z kłopotów. Wolę się w nie w ogóle nie pakować.
 - Powinnaś być w Slytherin'ie
 - Dlaczego tak uważasz? - Zapytałam i spojrzałam w jego oczy, a on odwzajemnił spojrzenie.
 - Podobasz mi się. - Powiedział i chwycił moją dłoń. Drugą rękę położył mi z tyłu głowy, pochylił się i mnie pocałował. Oczywiście odwzajemniłam pocałunek, bo jakże mogłabym tego nie zrobić. Ja także go kochałam.
Tak, kochałam go. Wtedy tak samo jak i teraz. I co mi po tym? Teraz klęczałam przed nim bezbronna. On celował we mnie różdżką. Za mną stała paczka Potter'a.
 - Ostatni raz powtarzam, opuść różdżkę Malfoy! - Kończyły się zapasy cierpliwości Harry'ego. Nie wiedziałam ile czasu zostało do rzucenia następnego zaklęcia. Modliłam się w duchu, żeby nie był to czar "Avada Kedawra", używanego głównie przez Lorda Voldemort'a. Usta Draco zadrżały w stresie. Zamknęłam oczy z obawy przed strzałem, lecz nic takiego się nie stało. Do moich uszu dotarł jedynie dźwięk drewna obijającego się o posadzkę w ciemnej sali. Uchyliłam powieki. Draco stał na środku pomieszczenia z opuszczoną głową. U jego stóp leżała różdżka. Upadł na kolana i zakrył twarz dłońmi. Usłyszałam jego cichy płacz. Czy on... czy on płakał? To niemożliwe, a jednak. Szybko podeszłam do niego i usiadłam przed nim.
 - Draco? - Wyszeptałam, a moja ręka podążyła pogłaskać go po tych jasnych włosach. Jednak gdy go dotknęłam, on złapał za mój nadgarstek i skierował na mnie swoje oczy pełne łez.
 - Dlaczego? - powiedział. - Dlaczego ja nie potrafię bez ciebie żyć! Dlaczego kocham cię nawet wtedy, gdy ty mnie nienawidzisz? Dlaczego?!
 - Zawsze cię kochałam. Jak w ogóle mogłeś myśleć, że... - Po moich policzkach potoczyło się kilka łez. Wytarłam je wolną ręką. Draco puścił mnie, przysunął do siebie i przytulił.
Siedzieliśmy tak dobrą chwilę, kiedy Ron chrząknięciem przypomniał o ich istnieniu.
 - Co z nim zrobimy? - Szepnęła Hermiona.
 - Nic. - Odparł Harry siląc się na opanowany ton głosu. - Chodź muzo. - Zwrócił się do mnie z ogromną ilością spokoju. - Gryfoni czekają.
 - A co z Draconem? - Zapytałam spoglądając Ślizgonowi w oczy.
 - Poradzę sobie. - Wyszeptał mi do ucha i pogłaskał mnie po głowie. Wstałam, wzięłam głęboki oddech i raz po raz oglądając się za siebie poszłam z Ronem, Harrym i Hermioną. W tym momencie chciałam znów poczuć na moich ustach jego pocałunek.


One shot - Muza, część pierwsza


"wyrwane z kontekstu" fan fiction potterowskie
 


- Zapomnij! - krzyczę i zaplatam ręce na piersi. - Co ja jestem?! Na pewno nie twoją sową, ani gońcem! Masz jakiś problem?!

- Uspokój się kobieto! - przerywa mi Adrian i unosi ręce w pojednawczym geście. - Sam mu to powiem, ale wtedy musisz liczyć się z tym, że mogę nie wrócić.
- Przecież cię nie zabije! - kpię z niego, ale jego mina pozostaje śmiertelnie poważna. - Acha... - Dodaję i spuszczam głowężeby nie widział zawodu w moich oczach.
- Ciebie nie zabije. - mówi - Jesteś przecież dla niego cenna, Muzo.
- Niech ci będzie... - odpowiadam i wychodzę z sowiarni. Uważam na oblodzone schody, a moją czarną pelerynę przykrywają płatki śniegu. Uwielbiam zimę. Zwłaszcza kuligi, kiedy pracuję jako woźnica w kuligach szkolnych i popędzam moje ukochane konie: Alaskę i Blitz'a. Na co dzień przebywają one w stajniach na podzamczu. Opiekuję się nimi i lubię spędzać z nimi czas. Mam w sumie cztery konie, ale dwa pozostałe zostały w moim rodzinnym kraju, Polsce. Opiekują się nimi moje przyjaciółki, które nie wiedzą o istnieniu magii.
Ale dość o koniach. Mam zadanie do wypełnienia. Wchodzę do szkoły i znajduję się w przestronnym holu. Od razu kieruję się w stronę lochów, gdzie znajduje się dormitorium Ślizgonów. Wyciągam moją różdżkę i wypowadam jakieś zaklęcie. Jestem w tym dobra, bo znam dokładne znaczenie magicznych słów. Każda muza to potrafi. My przecież układamy pieśni, które potem sprzedajemy za drobne pieniądze syrenom, a one śpiewają je, zwodzążeglarzy na skały.
- Czego?! - słyszę wściekły głos Draco - Nie wiesz, gdzie twoje miejsce pierwszaku?! - jasnowłosy wyżywa się na jakimś nowym uczniu. Ja też w sumie jestem tu nowa. Uczęszczam do Hogwartu od kilku miesięcy. Wcześniej byłam we francuskiej szkole, ale miałam problem z językiem. Angielski ułatwia życie.
- Witaj. - Odzywam się melodyjnym głosem, a czarodziej spogląda w moją stronę. Mały brunet wykorzystuje chwilę nieuwagi swojego oprawcy i ucieka.
- Cześć! - odpowiada chłopak i prezentuje rząśnieżnobiałych zębów. - Co cię do mnie sprowadza? - pyta bez owijania w bawełnę - Bo przecież nie przyszłaś sobie ot tak, pogadać.
- Masz rację. - Odpowiadam i podchodzę kilka kroków bliżej, ale nadal dzieli nas ponad metr.
- Powiesz wreszcie? - niecierpliwi się Ślizgon - Nie przywykłem do rozmawiania z Gryfonami dłużej niż piętnaście minut.
- Jakimś cudem... - przełykam głośno ślinę, aby zyskać trochę czasu - cała szkoła dowiedziała sięże jesteś... - przerywam na chwilę, ponieważ boję się jego reakcji - śmierciożercą. - Ostatnie słowo wypowiadam tak cicho, że ledwo mnie słyszy. Patrzę mu w oczy, ale teraz nie widzę tam nic. Są jakby martwe... Nagle ogarnia mnie przerażenie i nabieram chęci, aby jak najszybciej uciec. Robię to. Biegnę i biegnę. Nie wiem gdzie, ale ważne, że jak najdalej od tych pustych oczu Ślizgona. Wybiegam na śnieg. Lekki puch przyczepia się do mojej peleryny, mocząc ją. W pewnym momencie staję przed chatką Hagrida. Pokonuję tych kilka schodków i pukam do drzwi.
- Kto tam? - słyszę donośny głos gajowego i jego ciężkie kroki. Drzwi się otwierają i pojawia się w nich ogromna postać Hagrida.
- To ty, - mruczy - wejdź.
- Dziękuję. - Odpowiadam, choć to nie jest potrzebne. Zamykam za sobą drzwi i wieszam mój mokry płaszcz niedaleko kominka, ab wysechł. Dopiero w tym momencie zauważam, że płaczę.
- Co się stało? - pyta gajowy, ale nie zamierza dopytywać. Odczekuję chwilę, chcę ochłonąć. Dopiero po jakimś czasie odpowiadam chaotycznie, nieskładnie, trochę bez sensu, ale Hagrid rozumie
- Ślizgon... ś-śmier-śmierciożerca... - próbuję powiedzieć jakieś porządne zdanie, ale nie potrafię tego zrobić. Mam już przecież siedemnaście lat, a płaczę jak małe dziecko... a na dodatek nie wiem z jakiego powodu! To strach, zmęczenie... a może widok tych jego pustych oczu? Niee... to nie mogło mnie tak poruszyć! Jestem kobietą, a nie mazgajem! A może... może coś do niego czuję? Nie! To byłaby najgłupsza rzecz w moim życiu! Muza i śmierciożerca... Ha! dobre sobie...
- Wiem, co może ci pomóc. - Nagle Hagrid wyrywa mnie z rozmyślań i spoglądam na niego spod opuchniętych powiek.
- Tak? - ponaglam go pytaniem.
- Może... masz ochotę na przejażdżkę na Hardodziobie? - uśmiecha się do mnie, a ja próbuję to odwzajemnić, ale marnie mi to wychodzi. Mężczyzna bierze to jako odpowiedź twierdzącą i podaje mi mój płaszcz. Zakładam go i sama wychodzę na śnieg. Na tym hipogryfie miałam okazję przelecieć się tylko raz, ale był to nie lada wyczyn, gdyż Dziobek dopuszcza do siebie tylko nieliczne osoby.
- Dziobek! - wołam hipogryfa, a on przylatuje. - Dziwne... - mruczę pod nosem, kłaniam się mu, a on powtarza mój ruch. Podchodzę do niego powoli. Ostrożności nigdy za wiele.