niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział drugi - Don't forget me

            Miraż, śliczny, tarantowaty ogier spokojnie pasł się na dużej łące. Nowe otoczenie nie było już tak przerażające jak na początku i wierzchowiec nie płoszył się już tak często. Zuza patrzyła na swój nowy nabytek, nowego przyjaciela. Był niesamowity. Taki zgrabny i proporcjonalny... żałowała, że nie zabrała ze sobą szkicownika. Ale z resztą będzie miała kilka długich lat na narysowanie tego konia, że zdąży zrobić setki prac w każdej technice i tysiące, jak nie miliony, zdjęć.
            Zapatrzona w konia rozmawiała z Oliwią i Martą, które w tym czasie spokojnie dyskutowały na temat trwających już wakacji. To zdecydowanie miały być przepiękne wakacje. Spędzone w stajni, z Mirażem, z Montaną...
            W tym właśnie momencie zadzwonił telefon Zuzy. Niczego nie spodziewająca się dziewczyna odebrała połączenie od taty.
- Tak? – powiedziała do słuchawki.
- Nie powiedziałem ci, ale wujek Rafał nie przywiezie Montany – zaczął, a Zuza od razu spoważniała – Przywiezie za to kuca, hucuła.
- Klacz, wałach, czy ogier? – zapytała zaraz dziewczyna z powagą.
- Wałach – odparł jej tata – I przyjedzie z nim około siódmej – dodał, po czym pożegnał się i rozłączył.
Zuza natomiast pogrążyła się w przemyśleniach. W sumie, dobrze, że nie była to klacz. To miał być koń do towarzystwa, a nie taki, na którego widok ogier by szalał. W ten jakże miły sposób nie trzeba go będzie kastrować.
- Dziewczyny, powstała taka miła niespodzianka – zmieniła ich temat.
- Co się stało? – zareagowała Oliwia, spoglądając w stronę czerwonowłosej.
- Zamiast klaczy będziemy miały wałacha – uśmiechnęła się promiennie wkładając telefon do kieszeni bryczesów.
- A o której przyjedzie? – zadała pytanie Marta, patrząc na zegarek w telefonie.
- Mniej więcej o siódmej – odpowiedziała Zuza, siadając obok.
Była ciekawa co to za kuc. Czy jest przyjazny, czy potrafi skakać, czy chce skakać, czy może ma predyspozycje pod ujeżdżenie, jak się zachowuje w terenie... Tyle pytań miała w głowie, ale żadnych odpowiedzi. A może będzie mogła z nim pracować na lonży, żeby uczyć dzieci jazdy konnej, żeby sobie troszkę dorabiać? Bo z Mirażem byłoby gorzej. Na nim chciała pracować sama, ewentualnie z Oliwią i Martą. Żadne dzieci nie będą się na nim uczyły pierwszych kroków. To na pewno. Nikt nie będzie jej psuł konia. A z resztą... zobaczy się w swoim czasie. Na razie były błogie wakacje i o tym tylko chciała myśleć Zuza.
- Która skoczy po sok i chrupki do siodlarni? – zapytała rozleniwiona otwierając jedno oko, aby zobaczyć reakcję przyjaciółek. Tamte siedziały i rozmawiały o jakimś wyjeździe nad jezioro, a Zuza leżała, rozkoszując się słońcem padającym na twarz.
- Sama nie możesz? – odparowała Oliwia, lecz po chwili ciszy westchnęła i podniosła się z miejsca.
Taka już była. Cała Oliwia. Wieczny głodomor i umysł ścisły. Wiecznie chude, żarłoczne stworzenie. Ale czy to ważne? Poza tym, że zazwyczaj zjadała większą połowę czipsów, albo narzekała jeśli jakaś dziewczyna chciała się odchudzać, były przyjaciółkami. Takimi „forever”.
Zuza zaśmiała się z własnych myśli. Zaczęła się zachowywać jak psiapsióły z gimbazy. Na tę myśl wzięło ją obrzydzenie do samej siebie, ale i to przeszło, gdy poprawiła się w myślach na „Takimi na zawsze”. Tak zdecydowanie było lepiej.
Tak więc dziewczyny rozmawiały, jadły chrupki, piły sok i robiły dużo różnych, dziwnych rzeczy, które nie warte są uwagi czytelnika, bo co mogą robić szalone szesnastolatki gdy na coś czekają?
Także, wracając do stajni, mniej więcej o siódmej na podjazd wjechał srebrny Nissan z bukmanką. Zuza zerwała się biegiem, żeby przywitać się z wujkiem. Pomińmy fakt, że prawie zaliczyła glebę gdy poślizgnęła się na zakręcie, bo to naprawdę nieistotny szczegół. Także, przywitała się z wujkiem i zerknęła do bukmanki. Zauważyła tam kasztanowatego wałacha.
- Jak ma na imię? – zapytała wujka, gdy ten podszedł bliżej.
- Parys – odparł otwierając klapę.
Zuza weszła do przyczepy od drugiej strony, aby pomóc w wyprowadzeniu konia. Odwiązała uwiąz i wycofała hucuła gdy tylko jej wujek odblokował zejście.
            Zaprowadziła konia do boksu. Oliwia przymknęła drzwi.
            - Cześć mały – odezwała się Zuza i poklepała kuca po grzbiecie. Zdjęła mu kantar i wyszła z pomieszczenia.
            - Śliczny jest – stwierdziła Marta, idąc za przyjaciółką w stronę samochodu.
            - Oddaję kantar i uwiąz – powiedziała czerwonowłosa, wkładając owe przedmioty do bagażnika. – Teraz jeszcze kilka pytań... Ile za Parysa i czy mogę zobaczyć paszport?
            - Może wszystko ustalimy w domu, co? Przyjechała ciocia, jest też Amelia i Kamila. Zróbcie, co tam macie do roboty i pojedziemy razem, dobrze?
            Zuza przytaknęła i ochoczo wzięła się za pracę. Oliwia nałożyła siano dla koni, Mata przyprowadziła Miraża z łąki, a ona nałożyła odpowiednie porcje owsa dla taranta i kasztanka.
            Po skończonej pracy wsiadły do samochodu.

Pierwsze godziny w stajni Zuza zaliczyła do udanych. Ciekawe tylko było, czy Miraż albo Parys nie wybiją ścian w boksach. Przyjaciółki miały nadzieję, że tak się nie stanie. Pozostało tylko przyjechać następnego dnia i zobaczyć, czy rzeczywiście takie coś nie miało miejsca.

____________________

Witajcie, rozdział dość kijowy, ale da się strawić. Mam tylko nadzieję, że nie zanudzę Was tym opowiadaniem na śmierć.
Piszę tę notkę jeszcze przed obozem (sobota, godz, 20:17) jestem niespakowana i nieprzygotowana na wyjazd. Robię to dla Was, bo wiem, że na dany termin bym się nie wyrobiła.
Mam tylko nadzieję, że błędów jest mało.
Skoro ten rozdział gotowy, to może dam radę jeszcze przepisać Willa? Może...
Do następnego! ♥

~~Wasza SilverGold

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze karmią wenę twórczą.
Teraz już wiesz co zrobić.