sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział pierwszy - Don't forget me


 - Teraz na kawę do Starbucks'u! - krzyknęła Marta, wychodząc z sali lekcyjnej po odebraniu świadectwa.
 - Taaak! - odpowiedziała jej Zuza i spojrzała na swoje świadectwo z biało-czerwonym paskiem. 
 - Nareszcie. - Dodała Oliwia, wymachując stypendium.
 - Jedziecie z nami? - Zuza skierowała pytanie do braci Bartka i Marcina, uśmiechając się skromnie.
 - Czemu by nie? - odparł starszy* i poszli z dziewczynami. Po drodze dołączyli do nich jeszcze Nikola, Paweł i Jasiek.
 - Co dostaniesz za pasek? - Zuza skierowała pytanie do Marty, a ta uśmiechnęła się szczerze.
 - Pojadę z Piotrkiem na Marsów**! -odpowiedziała i ze szczęścia klasnęła w dłonie. Na miejsce dojechali autobusem. Rozmawiali ze sobą, a Zuza ukradkiem spoglądała na Marcina. Teraz ich kontakt miał się urwać, bo szli do innych szkół. Zostały im jeszcze tylko dwa miesiące wakacji. W kawiarni padły zamówienia na kawę mrożoną, latte i cappuccino.
 - Za zakończenie gimnazjum i początek wakacji! - powiedziała Nikola, unosząc filiżankę do góry.
 - Za wakacje! - krzyknęli wszyscy i stuknęli się szklankami.
 - Jakież to jest zajebiste! - skomentowała Marta po upiciu łyczka swojej latte. Oliwia i Zuza jej przytaknęły.
 - Latte ze Starbucks'u zawsze spoko... - stwierdziła wysoka blondynka, odstawiając kubek na stolik.
 - Jest impreza u Łośka, - zaczął Bartek - przyjdziecie?
 - Tak! - wybuchnęła gwałtownie Marta i dodała - A kiedy?
 - Dzisiaj o wpół do dziesiątej - odpowiedział za brata Marcin.
 - A wy? Będziecie? - skierował pytanie do Oliwii i Zuzy.
 - No jasne! - odparła czerwonowłosa***, upijając warstwowego latte.

~*~

            Oliwia miała na sobie długie, czarne rurki, tego samego koloru baleriny oraz srebrną, połyskującą bluzkę na ramiączkach. Wysoka blondynka też wyprostowała włosy, zrobiła kreski i pomalowała rzęsy tuszem. Marta założyła prześliczną, czarną bluzkę, ciemne jeansy i tego samego koloru jak bluzka, baleriny. Zuza ubrała krótką, zwiewną, brązową sukienkę z szerokim, błękitnym paskiem oraz brązowe czółenka. Falowane, czerwone włosy rozpuściła, więc spływały na jej ramiona i sięgały poniżej łopatek. Furtka na podwórko Damiana była otwarta, więc dziewczyny weszły. Nie zadzwoniły, aby poinformować, że już są, bo dzwonka najzwyczajniej w świecie nie było. Drzwi otworzył im Łosiek i wraz z jego uśmiechem uderzyła w nie fala muzyki.
 - Cześć! - przywitał je wysoki szatyn - Salon jest na lewo, barek obsługuje Fabian w kuchni, która jest na prawo. Dziewczyny weszły, przywitały się z ludźmi przebywającymi w salonie i skierowały się do kuchni.
 - Elo! - przywitał je średniego wzrostu brunet, który siedział przy blacie na wysokim barowym krześle. - Co chcecie do picia? Cola, sok, czy coś mocniejszego? - zaproponował i wyszczerzył białe zęby w słodkim uśmiechu.
 - Na początek cola z lodem. - Stwierdziła Marta, opierając się o blat.
 - Dla mnie to samo. - Dodała Oliwia.
 - Dla mnie też - odparła czerwonowłosa z wyrazem obojętności na twarzy.
 - Spoko - Fabian wyciągnął trzy szklanki, wsypał do nich po dwie kostki lodu i uzupełnił colą do pełna.
 - Dzięki - powiedziała Marta i dziewczyny wzięły swoje napoje. Wyszły przez tylne wejście do ogrodu. Tam dopiero zaczynała się zabawa. Na stoliku ustawione były ogromne głośniki, didżej zapodał właśnie jakiś inny kawałek.
Marta i Zuza wpadły w ogromną radość słysząc jedną ze swoich ulubionych piosenek, a Oliwia tylko westchnęła i poszła do stolika z przekąskami. Blondynka myślała o tym, aby poprosić ojca o konia, bo przecież Zuza dostanie wierzchowca, a jest w gorszej sytuacji finansowej od niej. Już od dawna miała na oku pewnego ślicznego, siwego wałacha.
 - Cześć - zagadał do niej Michał, kolega Damiana. - to są twoje koleżanki? - wskazał Zuzę i Martę.
 - Tak - odparła - dobrze się bawią... Idę po jakiegoś drinka. - Powiedziała i udała się w stronę kuchni. 

~*~

            Zuza szukała wzrokiem Marcina. Jeszcze przed chwilą go tutaj widziała, ale to mogły być zwidy. Alkohol mógł zamącić jej w głowie, która będzie ją rano bolała jak nigdy dotąd. Udała się chwiejnym krokiem do salonu i usiadła ciężko na czerwonej sofie.
 - Tu jesteś, szukałem cię - zagadał do czerwonowłosej Bartek.
 - Gdzie Marcin? - zapytała, patrząc na niego spod powiek.
 - Nie mógł przyjść, ale kazał ci przekazać, że przyjdzie do ciebie, jak już kupisz konia, żebyś go nauczyła jeździć. Kazał się też dopytać, kiedy to będzie.
 - Po jutrze po nią jadę. - Odparła i oparła głowę na sofie.
 - Chcesz drinka? - zapytał i uśmiechnął się złowieszczo.
 - Nie. Na dzisiaj mam już dość. - Zuza odpowiadając wysiliła resztki trzeźwego umysłu. Bartek zauważył, w jakim jest stanie.
 - Chodź - powiedział i pociągnął ją za rękę w stronę schodów. Dziewczyna poszła za nim. Otworzył jedne z wielu drzwi na piętrze i ich oczom ukazała się śliczna sypialnia. - Połóż się i trochę prześpij. Powiem dziewczynom, że tu jesteś i... w jakim stanie. To tylko alkohol, czy coś jeszcze?
 - Drinki - odparła i położyła głowę na poduszce. Zaraz potem zasnęła i śniła o koniach. Jeździła w lesie na Blitz'u i Eskalacji, i miała te konie, na własność. 

~*~

 - Ehh... - westchnęła Marta - i co my z nią zrobimy?
 - Mojego taty nie ma w domu. - odparła Oliwia - Możemy nocować u mnie...
 - Albo zostać tutaj. - Wtrącił się Damian - Starzy przyjeżdżają pojutrze.
 - Dzięki, - odparły przyjaciółki i weszły do sypialni, w której spała Zuza - dobranoc. - Powiedziała Oliwia i zamknęła za sobą drzwi.

~*~

Otworzyłam niechętnie oczy oślepiona blaskiem przedpołudniowego słońca i przewróciłam się na drugi bok, próbując znów zasnąć.
 - Zuza, śniadanie! - krzyknęła z dołu moja mama. Westchnęłam tylko i zwlokłam się z posłania. Miałam dzisiaj jechać po konia. Zeszłam na dół do kuchni, usiadłam przy stole i zaczęłam pałaszować płatki z mlekiem. 
 - Kiedy przyjedzie wujek z Montaną? - zapytałam mamę o młodą klacz konika polskiego, która miała być towarzyszką mojego konia.
 - Dzisiaj o dwudziestej, jak dobrze pójdzie. - Odparła mama i usiadła przy mnie z kubkiem gorącej kawy.
 - O której wyjeżdżamy? - mama zadała pytanie, na które odpowiadałam już od tygodnia. 
 - Oliwia i Marta przyjeżdżają tu o czternastej. Zabierzemy gotówkę i pojedziemy. - Odrzekłam.
 - A potem wy idziecie na piechotę do stajni, a ja mogę jechać na zakupy.
 - Tylko go trochę rozchodzimy i weźmiemy cały sprzęt.
 - Dobra, a teraz idź się ubrać, bo nie pojedziemy! - zagroziła mi, a ja wształam od stołu, szybko podziękowałam za posiłek i pobiegłam na górę. Wzięłam przysznic, zrobiłam delikatny makijaż i założyłam brązowe bryczesy oraz krwistoczerwoną bokserkę. Byłam gotowa na czas. Zbiegłam szybko po schodach, a z szafki w przedpokoju wyciągnęłam mój kask i metrowy bat. Usłyszałam dzwonek, więc nacisnęłam przycisk otwierający furtkę.
 - Chcesz jeszcze coś zjeść? - zapytała mnie mama. - Mamy jeszcze pół godziny.
 - Zapakuję sobie coś, a ty idź już może odpalić auto?
 - Dobra - odpowiedziała, wzięła torebkę i wyszła, wpuszczając do środka dziewczyny. 
 - Cześć! - powiedziała Marta i przytuliła się do mnie. Miała na sobie legginsy moro, czarne trampki oraz tego samego koloru bluzkę na ramiączkach. Oliwia  założyła ciemnoniebieską bokserkę, czarne bryczesy, które jak zwykle były przykrótkie oraz skórzane sztylpy.
 - Hej! - odpowiedziałam i uśmiechając się włożyłam do siatki kilka pokrojonych jabłek i trzy banany.
 - Schowasz mi to do torby? - zapytałam Martę, a ta wzięła ode mnie pakunek i schowała do czarnej torebki, z którą rzadko się rozstawała.
 - I to! - dodałam, wręczając jej klucze do stajni i telefon, ponieważ nie mieścił mi się w kieszeni bryczesów.
 - Dobra, jedziemy? - niecierpliwiła się Oliwia. - Lepiej być wcześniej niż za późno. 
 - Spoko, co się tak denerwujesz? - odparłam i poszłam do przedpokoju. Tam założyłam skórzane sztylpy i zawiązałam w pasie cienką brązową bluzę. Razem wyszłyśmy z domu, a ja zamknęłam na klucz drzwi frontowe. Wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy do stajni
Po piętnastu minutach dotarłyśmy na miejsce. Wysiadłyśmy z granatowego Volkswagena i poszłyśmy w stronę  największego budynku. Dwa owczarki niemieckie zapowiedziały nasze przybycie głośnym szczekaniem.
 - Dzień dobry! - przywitałyśmy się z panią Asią, właścicielką stajni.
 - Dzień dobry. - Opowiedziała i podeszła bliżej nas. - Wy przyszłyście po tego ogiera?
 - Tak, - odpowiedziałam - moja mama ma pieniądze. Gdzie on jest?
 - Na łące, ale... będziesz jeździć? - zdziwiła się kobieta.
 - Jeśli możemy, to skorzystamy. - Powiedziałam.
 - Idź. Weź ze sobą uwiąz. - Zgodziła się pani Asia, a my poszłyśmy do siodlarni. Wzięłyśmy moje wszechstronne siodło z czerwonym czaprakiem i tego samego koloru owijki. Następnie poszłyśmy po uwiąz i na łąkę, zostawiwszy najpierw sprzęt przy belce, przy której siodła się konie.
Przy barierkach stałą rodzina z czteroletnim dzieckiem. Mój koń był akurat blisko.
 - Konik w kropki! - wykrzyknął chłopczyk, a "Dalmatyńczyk" postawił uszy. Był zadziwiająco czysty. Zwykle musiał się gdzieś wytarzać. Uprzykrzanie mi życia czyszczeniem jego biało - czarnej sierści należało do jego ulubionych zajęć. Weszłam na pastwisko i przypięłam pożyczony uwiąz do jego czerwonego kantarka. Zdecydowanie ten kolor był moim ulubionym. Ślicznie w nim wyglądał. Miał białą sierść z czarnymi kropkami i jedno, prawe rybie oko, a jego bujna grzywa i długi ogon miały pasemka. Ogier był dość duży. Określałam jego wzrost na sto sześćdziesiąt centymetrów w kłębie.
Przytuliłam się do mojego konia. Tak, wreszcie był mój! Na sto procent, w całej swojej okazałości!
 - Kocham cię Mirażu. - Wyznałam i zamknęłam oczy. 

~*~

Wyjaśnienia:
*Marcin jest starszy
**Zespół Thirty Seconds to Mars (koncert - Rybnik 2014 *_____* )
***Zuza ma czerwone, farbowane włosy
________________________________________

Hejoł! Oto macie, proszę rozdział pierwszy końskiego opowiadania. Bardzo przepraszam za zmianę osoby, ale nie umiałam dalej pisać w trzeciej... :c
Wypisujcie wszelkie błędy, błagam, bo wszyscy wiedzą, że nikt nie jest idealny. :p 
Na koniec ostatnia informacja: KOMENTUJCIE! Możecie nawet hejtować, ale chcę widzieć chociaż dwa komentarze pod tym postem! Zrozumiano? xD
Nie przejmujcie się mną, głupawka. Ja tak czasem - czasem często, mam, a potwierdzić to mogą osoby w moim codziennym otoczeniu. :p

Pozdrówka,
SilverGold



poniedziałek, 6 stycznia 2014

One shot - Muza&Malfoy

Opowiadanie Potter'owskie, akanoniczne


"Tell me would you kill
To save a life
Tell me would you kill
To prove you're right"


 - Zapomniałaś chyba, że już nie masz władzy nad światem... - Powiedział Malfoy i skierował w moją stronę swoją różdżkę.
 - Dlaczego chcesz to zrobić? - Zmieniłam temat. - Znam cię na tyle, że wiem, jakie uczucia siedzą w tobie teraz...
 - Nawet nie próbuj tych swoich sztuczek. Nie zwiedziesz mnie, nie tym razem!
 - Draco opuść różdżkę! - Usłyszałam za sobą głos Harry'ego.
 - Nie wtrącaj się Grzmotter! - Blondyn prawie wypluł ostatnie słowo. - To ie twoja sprawa!
 - Jak nie moja?! To moja przyjaciółka, a ty chcesz ją zabić!
 - To też nasza przyjaciółka! - Powiedziała Hermiona wraz z Ron'em wymierzając różdżkami w Malfoy'a
Wtedy przypomniałam sobie nasz pierwszy pocałunek. Siedziałam wtedy wieczorem na ławce w jednym z najbardziej opustoszałych korytarzy. Byłam przygnębiona, ponieważ Gryffindor znów nie zdobył pucharu domów. Usłyszałam kroki w końcu korytarza. Nawet nie spojrzałam w tamtą stronę. Dźwięk się zbliżał. Była to jakaś samotna osoba.
 - Cześć - usłyszałam męski głos - mogę się przysiąść? - Zapytał, a ja podniosłam na niego wzrok. Był to Draco Malfoy.
 - Jeśli zniesiesz obecność Gryfonki... - odparłam, a on usiadł obok mnie.
 - A ty zniesiesz obecność Ślizgona? - Zaśmiał się blondyn.
 - Dla mnie czarodzieje ze Slytherinu czy z Gryffindoru niczym się nie różnią. Tylko po prostu mają nieco inne cechy charakteru.
 - Jak dostałaś się do swojego domu?
 - Nie mnie się pytaj. Jeśli masz jakieś wąty to do Tiary Przydziału.
 - Dlaczego akurat to miejsce? - Blondyn zmienił temat rozglądając się dookoła.
 - Ale co?
 - Dlaczego tutaj siedzisz? Tak sama, a nie kręcisz się gdzieś z Potterem?
 - Lubię go, ale nie mam jakichś szczególnych zdolności, aby jakoś umieć wybrnąć z kłopotów. Wolę się w nie w ogóle nie pakować.
 - Powinnaś być w Slytherin'ie
 - Dlaczego tak uważasz? - Zapytałam i spojrzałam w jego oczy, a on odwzajemnił spojrzenie.
 - Podobasz mi się. - Powiedział i chwycił moją dłoń. Drugą rękę położył mi z tyłu głowy, pochylił się i mnie pocałował. Oczywiście odwzajemniłam pocałunek, bo jakże mogłabym tego nie zrobić. Ja także go kochałam.
Tak, kochałam go. Wtedy tak samo jak i teraz. I co mi po tym? Teraz klęczałam przed nim bezbronna. On celował we mnie różdżką. Za mną stała paczka Potter'a.
 - Ostatni raz powtarzam, opuść różdżkę Malfoy! - Kończyły się zapasy cierpliwości Harry'ego. Nie wiedziałam ile czasu zostało do rzucenia następnego zaklęcia. Modliłam się w duchu, żeby nie był to czar "Avada Kedawra", używanego głównie przez Lorda Voldemort'a. Usta Draco zadrżały w stresie. Zamknęłam oczy z obawy przed strzałem, lecz nic takiego się nie stało. Do moich uszu dotarł jedynie dźwięk drewna obijającego się o posadzkę w ciemnej sali. Uchyliłam powieki. Draco stał na środku pomieszczenia z opuszczoną głową. U jego stóp leżała różdżka. Upadł na kolana i zakrył twarz dłońmi. Usłyszałam jego cichy płacz. Czy on... czy on płakał? To niemożliwe, a jednak. Szybko podeszłam do niego i usiadłam przed nim.
 - Draco? - Wyszeptałam, a moja ręka podążyła pogłaskać go po tych jasnych włosach. Jednak gdy go dotknęłam, on złapał za mój nadgarstek i skierował na mnie swoje oczy pełne łez.
 - Dlaczego? - powiedział. - Dlaczego ja nie potrafię bez ciebie żyć! Dlaczego kocham cię nawet wtedy, gdy ty mnie nienawidzisz? Dlaczego?!
 - Zawsze cię kochałam. Jak w ogóle mogłeś myśleć, że... - Po moich policzkach potoczyło się kilka łez. Wytarłam je wolną ręką. Draco puścił mnie, przysunął do siebie i przytulił.
Siedzieliśmy tak dobrą chwilę, kiedy Ron chrząknięciem przypomniał o ich istnieniu.
 - Co z nim zrobimy? - Szepnęła Hermiona.
 - Nic. - Odparł Harry siląc się na opanowany ton głosu. - Chodź muzo. - Zwrócił się do mnie z ogromną ilością spokoju. - Gryfoni czekają.
 - A co z Draconem? - Zapytałam spoglądając Ślizgonowi w oczy.
 - Poradzę sobie. - Wyszeptał mi do ucha i pogłaskał mnie po głowie. Wstałam, wzięłam głęboki oddech i raz po raz oglądając się za siebie poszłam z Ronem, Harrym i Hermioną. W tym momencie chciałam znów poczuć na moich ustach jego pocałunek.


One shot - Muza, część pierwsza


"wyrwane z kontekstu" fan fiction potterowskie
 


- Zapomnij! - krzyczę i zaplatam ręce na piersi. - Co ja jestem?! Na pewno nie twoją sową, ani gońcem! Masz jakiś problem?!

- Uspokój się kobieto! - przerywa mi Adrian i unosi ręce w pojednawczym geście. - Sam mu to powiem, ale wtedy musisz liczyć się z tym, że mogę nie wrócić.
- Przecież cię nie zabije! - kpię z niego, ale jego mina pozostaje śmiertelnie poważna. - Acha... - Dodaję i spuszczam głowężeby nie widział zawodu w moich oczach.
- Ciebie nie zabije. - mówi - Jesteś przecież dla niego cenna, Muzo.
- Niech ci będzie... - odpowiadam i wychodzę z sowiarni. Uważam na oblodzone schody, a moją czarną pelerynę przykrywają płatki śniegu. Uwielbiam zimę. Zwłaszcza kuligi, kiedy pracuję jako woźnica w kuligach szkolnych i popędzam moje ukochane konie: Alaskę i Blitz'a. Na co dzień przebywają one w stajniach na podzamczu. Opiekuję się nimi i lubię spędzać z nimi czas. Mam w sumie cztery konie, ale dwa pozostałe zostały w moim rodzinnym kraju, Polsce. Opiekują się nimi moje przyjaciółki, które nie wiedzą o istnieniu magii.
Ale dość o koniach. Mam zadanie do wypełnienia. Wchodzę do szkoły i znajduję się w przestronnym holu. Od razu kieruję się w stronę lochów, gdzie znajduje się dormitorium Ślizgonów. Wyciągam moją różdżkę i wypowadam jakieś zaklęcie. Jestem w tym dobra, bo znam dokładne znaczenie magicznych słów. Każda muza to potrafi. My przecież układamy pieśni, które potem sprzedajemy za drobne pieniądze syrenom, a one śpiewają je, zwodzążeglarzy na skały.
- Czego?! - słyszę wściekły głos Draco - Nie wiesz, gdzie twoje miejsce pierwszaku?! - jasnowłosy wyżywa się na jakimś nowym uczniu. Ja też w sumie jestem tu nowa. Uczęszczam do Hogwartu od kilku miesięcy. Wcześniej byłam we francuskiej szkole, ale miałam problem z językiem. Angielski ułatwia życie.
- Witaj. - Odzywam się melodyjnym głosem, a czarodziej spogląda w moją stronę. Mały brunet wykorzystuje chwilę nieuwagi swojego oprawcy i ucieka.
- Cześć! - odpowiada chłopak i prezentuje rząśnieżnobiałych zębów. - Co cię do mnie sprowadza? - pyta bez owijania w bawełnę - Bo przecież nie przyszłaś sobie ot tak, pogadać.
- Masz rację. - Odpowiadam i podchodzę kilka kroków bliżej, ale nadal dzieli nas ponad metr.
- Powiesz wreszcie? - niecierpliwi się Ślizgon - Nie przywykłem do rozmawiania z Gryfonami dłużej niż piętnaście minut.
- Jakimś cudem... - przełykam głośno ślinę, aby zyskać trochę czasu - cała szkoła dowiedziała sięże jesteś... - przerywam na chwilę, ponieważ boję się jego reakcji - śmierciożercą. - Ostatnie słowo wypowiadam tak cicho, że ledwo mnie słyszy. Patrzę mu w oczy, ale teraz nie widzę tam nic. Są jakby martwe... Nagle ogarnia mnie przerażenie i nabieram chęci, aby jak najszybciej uciec. Robię to. Biegnę i biegnę. Nie wiem gdzie, ale ważne, że jak najdalej od tych pustych oczu Ślizgona. Wybiegam na śnieg. Lekki puch przyczepia się do mojej peleryny, mocząc ją. W pewnym momencie staję przed chatką Hagrida. Pokonuję tych kilka schodków i pukam do drzwi.
- Kto tam? - słyszę donośny głos gajowego i jego ciężkie kroki. Drzwi się otwierają i pojawia się w nich ogromna postać Hagrida.
- To ty, - mruczy - wejdź.
- Dziękuję. - Odpowiadam, choć to nie jest potrzebne. Zamykam za sobą drzwi i wieszam mój mokry płaszcz niedaleko kominka, ab wysechł. Dopiero w tym momencie zauważam, że płaczę.
- Co się stało? - pyta gajowy, ale nie zamierza dopytywać. Odczekuję chwilę, chcę ochłonąć. Dopiero po jakimś czasie odpowiadam chaotycznie, nieskładnie, trochę bez sensu, ale Hagrid rozumie
- Ślizgon... ś-śmier-śmierciożerca... - próbuję powiedzieć jakieś porządne zdanie, ale nie potrafię tego zrobić. Mam już przecież siedemnaście lat, a płaczę jak małe dziecko... a na dodatek nie wiem z jakiego powodu! To strach, zmęczenie... a może widok tych jego pustych oczu? Niee... to nie mogło mnie tak poruszyć! Jestem kobietą, a nie mazgajem! A może... może coś do niego czuję? Nie! To byłaby najgłupsza rzecz w moim życiu! Muza i śmierciożerca... Ha! dobre sobie...
- Wiem, co może ci pomóc. - Nagle Hagrid wyrywa mnie z rozmyślań i spoglądam na niego spod opuchniętych powiek.
- Tak? - ponaglam go pytaniem.
- Może... masz ochotę na przejażdżkę na Hardodziobie? - uśmiecha się do mnie, a ja próbuję to odwzajemnić, ale marnie mi to wychodzi. Mężczyzna bierze to jako odpowiedź twierdzącą i podaje mi mój płaszcz. Zakładam go i sama wychodzę na śnieg. Na tym hipogryfie miałam okazję przelecieć się tylko raz, ale był to nie lada wyczyn, gdyż Dziobek dopuszcza do siebie tylko nieliczne osoby.
- Dziobek! - wołam hipogryfa, a on przylatuje. - Dziwne... - mruczę pod nosem, kłaniam się mu, a on powtarza mój ruch. Podchodzę do niego powoli. Ostrożności nigdy za wiele.

Rozdział drugi - Tam, gdzie trzy światy łączą się w jeden...

            Will otworzył oczy oślepiony blaskiem porannego słońca. Jedyną dobra rzeczą od czasu śmierci Stevena było to, że chłopak zaczął się wysypiać. Nocne warty pełnili na zmianę Castiel i Jake. Już cztery dni podróżowali z trupami. Stelaże zrobione  przez ich mordercę były tak wytrzymałe, że całymi dniami mogli podróżować kłusem, a chwilami nawet galopem. Czasami jednak musieli zwalniać do stępa, aby przedrzeć się przez gęste chaszcze.
            Wstał, złożył posłanie i przywiązał je do juków Wiedźmina. Castiel i Jake jak zwykle gdzieś zniknęli, chociaż ich konie stały gotowe do drogi. Zjadł coś i usiadł pod drzewem. Sięgnął do swojej sakiewki i wyciągnął z niej swoje srebrne znalezisko, które uratowało mu życie. Zapinka miała kształt jabłka. Will odwrócił ją i zobaczył trzy wygrawerowane ozdobne litery pod igłą. Na dole było „I”, u góry po prawej „A”, a po lewej „E”. Na samym środku widniała mała kropka. Dotknął wzór palcem. Nie wiedział co oznacza ta symbolika. Odpiął agrafkę swojego płaszcza, a na jej miejsce przypiął srebrne jabłko, po czym poprawił czarną tkaninę i wstał. W tym czasie do koni podeszli Castiel i Jake, którzy wrócili jak zwykle niepostrzeżenie. Will podszedł do nich.
 - Musimy ruszać. – Powiedział Jake, gdy tylko go zauważył. – Prędko!
 - Dlaczego? – zapytał Will z ciekawością. Zastanawiało go dlaczego jego towarzysze byli tacy nerwowi.
 - Znaleźliśmy jakieś ślady… Nie nasze. – Dopowiedział Jake i wskoczył na swojego karego konia. Oczom Willa nie uszło uwadze to, że zostawił ciało Matt’a.
 - Nie mamy czasu! – Ponaglił go Castiel.
Szesnastolatek wskoczył na Wiedźmina i spojrzał na martwego Erica. W jego głowie pojawiła sie pewna myśl-skoro zostawiają ciała, to nie będą mieli „dowodów”, jak to powiedział Cass. Pokierował więc swojego kuca w stronę trupa i wyszarpnął z niego zieloną strzałę, a potem dogonił galopem resztę.
Ślady znajdowały się dwie minuty drogi od ich obozu i wyglądały na odciski skórkowych butów dobrej roboty. Castiel zeskoczył z konia i prowadził zastęp w stronę, w którą kierowały ślady. Szli tak co najmniej pół godziny, ich trop stopniowo przybierał kształt udeptanej ścieżki, aż wreszcie przerodził się w brukowany chodnik. Gdy w lesie rozległ się stukot podków o kamień Will spojrzał przed siebie. Drzewa były tutaj wyższe, nie zahaczali już o niskie gałęzie. Droga prowadziła prosto, pod górę. Nie zakręcała nigdzie, ale ginęła na szczycie wzgórza.
Cass wskoczył na swojego konia.
 - Jedziemy! – wydał polecenie i skierował się w górę ścieżki. Gdy wbił pięty w boki rumaka zadudniły końskie kopyta. Will także popędził swojego kuca do galopu i pojechali na górę.
To co zobaczyli po dziesięciu minutach przekraczało ich… marzenia? Will nie wierzył własnym oczom. Przetarł je, kilkukrotnie zamrugał, ale nic się nie zmieniło. Uszczypnął się w rękę, aby zobaczyć czy to nie jest jeden z jego okropnych snów. To naprawdę się działo.
 - To… czy to jest Zapomniany Dom? – Will aż się zająknął z wrażenia.
W tym momencie otworzyły się frontowe drzwi.
Stanęła w nich kobieta o niespotykanej urodzie. Jej smukłą twarz oświetlały pojedyncze promienie letniego słońca. Blond włosy miała upięte w ciasny kok, lecz trochę przydługa grzywka z pasemkiem w odcieniu różu opadała na prawe oko i policzek. Miała na sobie obcisłe skórzane spodnie z beżową tuniką z długimi rękawami, które teraz podwinęła za łokcie. W pasie założyła skórzany pasek ze sprzączką w kształcie jabłka, który podkreślał jej smukłą figurę.
 - Witajcie w Zapomnianym Domu. – Powiedziała i gestem zaprosiła ich do środka. Zawahali się, ale po chwili zsiedli z koni i poszli za kobietą.
            Znaleźli się w pokoju średniej wielości, w którym podłoga wyłożona była jasnymi kamieniami o zaokrąglonych krawędziach. Ściany porośnięte były zielonym bluszczem, a z sufitu zwisały również zielone kiście winogron. Na środku stał drewniany stolik z nogami rzeźbionymi na kształt liści dębu, a obok niego sofa i dwa fotele z tego samego kompletu. Wszyscy mieli wrażenie, jakby dalej znajdowali się w lesie, a nie w domu.
Castiel i Jake, za prośbą kobietu, usadowili się na sofie. Ona sama poszła do innego pokoju, a Will usiadł w jednym z foteli. Wszyscy siedzieli sztywno. Zapadła grobowa cisza. Cass nerwowo rozglądał się dookoła, zatrzymując wzrok na drzwiach, w których zniknęła kobieta. Jake także 'skakał' wzrokiem, a Will… on nie czuł niepokoju, tylko jakąś dziwną uspokajającą energią płynącą z roślin rosnących w tym pomieszczeniu. Patrzył w sufit i na ściany, i miał wrażenie, że pnącza i owoce dojrzewają, gdy dosięgał je wzrokiem. Nie wiedział jak na to zareagować, więc obserwował i karmił się tą upajającą energią. Ona go odnawiała, czuł się jak dziecko – beztrosko.
Z zamyślenie wyrwał go dźwięk otwieranych przez blondynkę drzwi.  Castiel i Jake od razu zwrócili spojrzenia w jej stronę, a Will potrzebował jeszcze chwili, by wybudzić się z transu.
 - Skąd jesteście? – zapytała kobieta, stawiając przed nimi filiżanki z herbatą.
 - Cherits – odparł krótko Jake – Królowa Izabelle przysłała nas…
 - Przysłała was po napar z owocu Magicznego Drzewa – Przerwała mu kobieta.
 - Tak… masz go? – zapytał Castiel.
 - Nie. To wy musicie go zdobyć.
 - Jak to?! – wykrzyknął Jake – Przecież miałaś go mieć!
 - Nie, to was miało tutaj nie być! – zdenerwowała się – Jak w ogóle tutaj dotarliście i przeżyliście zamach? Zabito przecież wszystkich tak, że nie zdążyli wypowiedzieć słowa, a ślady zatarto!
 - Chyba zrobiłaś to niedokładnie. – Powiedział Will i wyciągnął spod peleryny  zieloną strzałę. Kobieta zaniemówiła.
 - Ja nie zabiłam – powiedziała – ale zleciłam to morderstwo. Jest przecież powiedziane, że z lasu nie wyjdą więcej niż dwie osoby z każdej drużyny.
 - Jest nas za dużo. – Will szybko połączył fakty.
 - Och, jesteście na pewno zmęczeni podróżą – zmieniła temat. – Dean! – zawołała, a potem z drzwi wyjściowych wyłoniła się głowa mężczyzny o spiczastych uszach.
 - Zaprowadź panów do ich kwatery, a ty – zwróciła się do czarnowłosego szesnastolatka – pójdziesz ze mną. Ah! - wykrzyknęła kobieta w taki sposób, jakby przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym - Jeszcze jedno! Jestem Neria.
Podróżnicy tylko spojrzeli po sobie i rozdzielili się.
 - Wierzysz w elfy? – zapytała jasnowłosa, gdy tylko Will zamknął drzwi jej gabinetu.
 - Nie wiem – odparł szczerze.
 - Skoro nie wiesz, to skąd to masz?! – Wykrzyknęła i złapała za srebrną broszkę przypiętą do jego płaszcza.
 - A co to panią obchodzi?! – odpysknął.
 - Ukradłeś to! Przyznaj się!
 - Nie ukradłem! Znalazłem w lesie.
 - Jak? To przecież symbol najznamienitszych rodów elfów. Nie można go od tak sobie znaleźć. Niektórzy szukają tego latami, a ty to „znalazłeś”?
 - Ta broszka uratowała mi życie. Tylko dzięki temu, że zsiadłem z konia i ją podniosłem, stoję tutaj przez panią.
 - Jak ci na imię?
 - Will…
 - Mówmy sobie na „ty”, dobrze? A teraz powiedz mi, kim byli twoi rodzice?
 - Nie znałem rodziców – odparł najszczerzej jak potrafił. – Wychowałem się na ulicy.
 - To jak dostałeś się do tak ważnej drużyny?
 - A dlaczego mnie o to wypytujesz? – wycedził przez zęby. Teraz był naprawdę zdenerwowany. Neria nie miała takiego prawa, bo w końcu znali się od kilku minut! – Jakie masz do tego prawo?!
 - Jesteś w MOIM domu i zabraniam ci… - Nie wytrzymała. – Idź lepiej stąd. Dean czeka w ogrodzie i zaprowadzi cię do domu na drzewie. Tam znajdziesz resztę drużyny i nocleg. Jutro znajdziecie kartkę z wiadomością, co macie dalej robić. – Powiedziała i odwróciła się w stronę okna, dając Willowi do zrozumienia, że ma sobie już pójść. Chłopak posłuchał. W końcu był tylko gościem, a na dodatek zaszedł już Nerii za skórę. Nie wiedział, dlaczego tak go poniosło.

*

'Dlaczego tak bardzo poruszyła ją ta broszka?' -  myślał Will, leżąc wygodnie na posłaniu w Domku na drzewie. No i jak znalazł ot tak po prostu jedną z najważniejszych rzeczy należących do elfów? To było dziwne.Tuż przed zaśnięciem uświadomił sobie, że ten las nie jest, aż tak zły i przeżył spotkanie z jednym z leśnych stworzeń, elfem. Po chwili spał jak zabity, nieświadomy tego ile par oczyu przygląda mu się przez otwarte okno.

*

 - Kiedy tam pójdą? – zapytał ktoś szeptem.

 - Już niedługo. – Odparł ktoś inny. – Wtedy będą potrzebowali naszej pomocy.




Rozdział pierwszy - Tam, gdzie trzy światy łączą się w jeden...

            "Srebrne Jabłko


            Żar w ognisku powoli dogasał. Blask księżyca, który był tej nocy w pełni oświetlał opierającą się o drzewo zakapturzoną postać.
Warta w obozowisku nigdy nie była przyjemną rzeczą, ale Willowi przypadała ona najczęściej. Ciche zrządzenie losu, pech, czy po prostu złośliwość ich kapitana Stevena? Oparł dłoń na rękojeści miecza i rozejrzał się wokół. Wszędzie ten las... sosny, świerki, dęby... Natura. Powiadano, że ten las jest magiczny i zamieszkują go jakieś diabelskie stwory. Will nie wiedział, czy ma w to wierzyć... Odetchnął głęboko wilgotnym nocnym powietrzem i kilka kosmyków jego kruczoczarnych włosów opadło mu na oczy. Szybko odgarnął je na bok i zaczął rozmyślać. Umysłem powrócił do domu, którego nie miał, do miasta, w którym mieszkał. Do Jenny, której ojciec chciał nie wiadomo jakiego bogactwa oraz tytułu szlacheckiego. Will przed wyjazdem chciał prosić o jej rękę, ale niestety, bez dużej posiadłości, oprócz kilku groszy przy duszy i włochatego kuca nie posiadał prawie nic. Był sierotą, wychował się na ulicach średnio bogatego miasta, które nosiło nazwę Register, znajdującego się w jednym z trzech rozłamanych królestw, Cherits. Tym królestwem rządziła jedna z trzech skłóconych sióstr, które podzieliły między siebie krainę Aplarię. Miała ona na imię Isabelle.
Dzięki swojej umiejętności przetrwania przeszedł nabór do armii królewskiej. Niestety, jako że pochodził z tak zwanej biedoty nie mógł zostać rycerzem, czy choć - jak marzył w dzieciństwie - asasynem. Na swoje nieszczęście przydzielono go do drużyny Stevena Midensona, czyli jak go określał Will: kupa mięśni, zero mózgu. Myślał za niego Matt. Wątłej postury chłopak o blond włosach i szarych oczach, wierny przyjaciel kapitana, bardzo naiwny. W drużynie był jeszcze Eric, wysoki brązowowłosy chłopak, starszy od Willa o cztery lata. Do drużyny dołączył kilka miesięcy przed nim. Ostatnimi członkami byli Castiel i Jake, o których Will wiedział tyle, co nic. Bardzo często podczas podróży w dzień zjawiali się tylko na posiłki, a w trakcie nocnych jazd chłopak czasem dostrzegał w oddali jakieś poruszające się cienie, które zaraz potem znikały mu z oczu.
Znów spojrzał na niebo. Wszystko wskazywało na to, że noc za niedługo się skończy dając początek porankowi. Znów będą musieli wsiąść na konie, aby wyruszyć w dalszą podróż. Od tygodnia szukali Zapomnianego domu, w którym mieli zastać kobietę, która miał przekazać przez nich, samej królowej napar z owocu Magicznego Drzewa. Steven nigdy nie przyznawał się do porażki, ale Will był pewien, że się zgubili.
Liście koron drzew rozświetliły pierwsze promienie słońca. Z ogniska został tylko popiół. Will wyprostował się i przeciągnął. Teraz przydałby mu się łyk czegoś, co po nieprzespanej nocy pozwoliłoby mu trzeźwo myśleć. Za niedługo będzie siedział w siodle swojego kuca i wypatrywał czyjegoś domu. Obudził drużynę. Nie obeszło się bez dokuczliwego komentarza Stevena, ale Will puścił go mimo uszu. Przywykł do nich już dość dobrze. Spakowali koce i zjedli prowizoryczne śniadanie, na które składały się jak zwykle: suchary, suszone mięso i woda. Potem napoili i osiodłali konie. A następnie ruszyli w dalszą drogę.
Chyba wszyscy mieli dość tej podróży. Will tym razem jechał na końcu, zamykając zastęp. Jego siwy wałach noszący imię Wiedźmin chętnie szedł za innymi końmi przebierając swoimi krótkimi nogami, aby dogonić wysokich towarzyszy.
 - Wyspałeś się, co? - Mruknął Will do konia klepiąc go po szyi.
Szesnastolatek rozglądał się dookoła i nie mógł pozbyć się wrażenia, że już tutaj byli. Chodzimy w kółko, pomyślał. Spojrzał w górę, na korony drzew, które teraz, latem, były ciemnozielone. Przez gęste liście przedostawały się pojedyncze promienie porannego słońca. Will rozmasował obolały kark i ziewnął. Był tak zmęczony, że mógłby zasnąć w siodle. To wszystko przez zbyt częste nocne warty. Wbił więc wzrok w ziemię przed Wiedźminem i obserwował plamy światła na ścieżce. Przeskakiwał wzrokiem z jednej na drugą. Było to dość zajmujące zajęcie jak dla człowieka, który nie ma siły myśleć. Nagle coś w trawie błysnęło i Will zainteresowany tym, co mogło go oślepić nie spuszczał wzroku z tej plamy światła. Zatrzymał Wiedźmina, zsiadł z niego i podszedł powoli do tego miejsca. Przykucnął i sięgnął ręką po przedmiot, który odbijał promienie słoneczne. Przyjrzał się mu z bliska. Była to srebrna zapinka do płaszcza, mająca kształt jabłka. Było to o tyle dziwne, że chłopak nigdy nie widział czegoś takiego. Zawsze takie ozdoby miały kształt herbów rodowych lub były po prostu dużymi agrafkami. Ktoś musiał to zgubić, pomyślał Will. Zapinka wyglądała na bardzo wartościową, tylko kto zapuszcza się tak daleko w ten las poza nimi? Chłopak spojrzał na resztę swojej drużyny. Byli na tyle daleko, że gdyby próbował ich zawołać, nie usłyszeliby go. Schował więc swoje znalezisko do sakiewki z myślą, że kiedyś odda je właścicielowi. Wsiadł na swojego kuca i galopem dogonił pozostałych.
            Gdy znalazł się już wystarczająco blisko, zwolnił konia do stępa. Zaburczało mu w brzuchu. Zbliżała się pora obiadowa, ale Steven się nie zatrzymywał. Szli więc dalej. Willowi stopniowo żołądek zaczynał skręcać się z głodu. Sięgnął więc do swoich juków i wyciągnął kilka sucharów i porcję suszonego mięsa. Zjadł to i popił wodą. Koniom też przydałby się odpoczynek i trochę picia, pomyślał chłopak. Wtem usłyszał za sobą dwa galopujące konie. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył Castiela i Jake'a. Podjechali do niego, a gdy zrównali sie z Wiedźminem zwolnili do stępa. Górowali nad Willem, Jake po jego prawej, a Castiel po lewej stronie.
 - Dlaczego nie zatrzymaliście się na postój? - Zapytał Jake, nawet nie spoglądając na szesnastolatka.
 - Nie wiem - odparł - nie widzicie, że zamykam tyły?
Jake tylko skinął głową na Castiela, a ten wbił pięty w boki swojego gniadosza i z miejsca ruszył galopem na początek zastępu. Will zauważył, że sięga do wodzy konia Stivena i zatrzymuje pochód. Chłopak ruszył kłusem w jego stronę. Teraz zobaczył efekt swojej nieuwagi. Steven, Matt i Eric mieli powbijane w szyje strzały. To, że nie spadli z koni było zasługą porządnych węzłów i "stelaża", który podtrzymywał ich martwe ciała w pionie. On nie zginął tylko dlatego, że odłączył się od drużyny, aby podnieść srebrną zapinkę.
 - Ciekawe kto to zrobił... - Zaczął myśleć na głos Castiel.
 - Trzeba pogrzebać ciała. - Powiedział Will biorąc pod uwagę zwyczaje i religię mieszczan.
 - Nie mamy czasu, ani sprzętu - powiedział Jake.
 - To co zrobimy? - zapytał szesnastolatek
 - Zabierzemy ich ze sobą. - Stwierdził Castel po dłuższej chwili namysłu. - Tak jak siedzą w siodłach. Każdy z nas niech złapie za wodze swojego konia i rumaka martwej osoby.
 - Musimy już jechać i nadrobić stracony czas. - Powiedział Jake i wziął wodze wierzchowca Stevena. Castiel poprowadził rumaka Matt'a, więc Willowi został koń Erica. Spojrzał na strzałę tkwiącą w szyi mężczyzny. Była ona długa zakończona z jednej strony lotkami koloru zielonego, co oczywiście go zdziwiło. Chciał wyciągnąć ją ze zmarłego, ale Castiel jadący przed nim to zauważył.
 - Zostaw! To nasz dowód. - Powiedział i przyspieszył konia do szybszego stępa. Will zrobił to samo, choć i tak jego kuc nie mógł ich dogonić przez swoje krótkie nogi. Po powrocie każdy z nich dostanie wypłatę, a wtedy sprawi sobie jakiś mały dom i lepszego konia. Przydzielą go też do innej drużyny, ponieważ ktoś zamordował kapitana i dwóch wojowników. Will'a nie przerażała kwestia śmierci. Nic nie posiadał, nie miał żadnych powodów, dla których miałby tutaj zostać, nikogo nie kochał, poza niedostępną Jenny... Chciałby choć raz dostać to, czego by pragnął. Wszystkie jego marzenia były... nieosiągalne. Chciał dowiedzieć się kim są jego rodzice, jakie nosi nazwisko. Chciał ożenić się z ukochaną Jenny. Chciał zostać asasynem lub rycerzem... Dlaczego akurat jemu nie dano spełniać marzeń?
 - Myślę jak głupek! - mruknął pod nosem i rozejrzał się dookoła.
            Znów las. Jak na złość ta przeklęta mordercza Puszcza! Will spojrzał w górę. Kolejny dzień dobiegał końca. Chłopak był ciekaw, dlaczego ktoś zabił połowę ich drużyny i co robi tak daleko w lesie? Jedno było pewne: jeżeli oni są jego celem, to mają poważne kłopoty. Will był już pewien, że ten morderca nie cofnie się przed niczym.



Prolog - Tam, gdzie trzy światy łączą się w jeden...



            Od kilkunastu lat Aplarią rządzą trzy skłócone między sobą siostry. Podzieliły one miedzy siebie krainę na trzy równe części tworząc państwa: Cherits, Sharem i Anosses. Miejscem, gdzie złączały się  te tereny był środek Puszczy, w którym rosła Królewska Jabłoń, zwana także Magiczną. Rodziła ona owoce trzech barw: zielone, czerwone i bordowe. Każda z królowych chciałaby wypić napar z tych jabłek, więc Isabelle, Evelin i Anabelle posyłają drużyny aby podjęły wyzwanie i sprostały niemożliwemu zadaniu. Muszą zdobyć napar z owocu Magicznego Drzewa.





środa, 1 stycznia 2014

Witajcie!

Serdecznie witam i pozdrawiam wszystkich czytelników. Postanowiłam na Nowy Rok 2014 zrobić porządek i pilnować częstotliwości ukazywania się notek na blogach, więc założyłam takie sobie... Tadam! Jeden blog, na którym będę pisała wszystkie opowiadania. Dlaczego? Zawsze mam pomysł na inne opowiadanie, jakiegoś one shota, albo powrót do czegoś, co jest zawieszone. Dlatego przedstawiam blog z opowiadaniami SilverGold!

Szczęśliwego Nowego Roku życzy SilverGold ;**

(Nie będę usuwać tamtych blogów i id czasu do czasu coś tam się pokaże.)