poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział drugi - Tam, gdzie trzy światy łączą się w jeden...

            Will otworzył oczy oślepiony blaskiem porannego słońca. Jedyną dobra rzeczą od czasu śmierci Stevena było to, że chłopak zaczął się wysypiać. Nocne warty pełnili na zmianę Castiel i Jake. Już cztery dni podróżowali z trupami. Stelaże zrobione  przez ich mordercę były tak wytrzymałe, że całymi dniami mogli podróżować kłusem, a chwilami nawet galopem. Czasami jednak musieli zwalniać do stępa, aby przedrzeć się przez gęste chaszcze.
            Wstał, złożył posłanie i przywiązał je do juków Wiedźmina. Castiel i Jake jak zwykle gdzieś zniknęli, chociaż ich konie stały gotowe do drogi. Zjadł coś i usiadł pod drzewem. Sięgnął do swojej sakiewki i wyciągnął z niej swoje srebrne znalezisko, które uratowało mu życie. Zapinka miała kształt jabłka. Will odwrócił ją i zobaczył trzy wygrawerowane ozdobne litery pod igłą. Na dole było „I”, u góry po prawej „A”, a po lewej „E”. Na samym środku widniała mała kropka. Dotknął wzór palcem. Nie wiedział co oznacza ta symbolika. Odpiął agrafkę swojego płaszcza, a na jej miejsce przypiął srebrne jabłko, po czym poprawił czarną tkaninę i wstał. W tym czasie do koni podeszli Castiel i Jake, którzy wrócili jak zwykle niepostrzeżenie. Will podszedł do nich.
 - Musimy ruszać. – Powiedział Jake, gdy tylko go zauważył. – Prędko!
 - Dlaczego? – zapytał Will z ciekawością. Zastanawiało go dlaczego jego towarzysze byli tacy nerwowi.
 - Znaleźliśmy jakieś ślady… Nie nasze. – Dopowiedział Jake i wskoczył na swojego karego konia. Oczom Willa nie uszło uwadze to, że zostawił ciało Matt’a.
 - Nie mamy czasu! – Ponaglił go Castiel.
Szesnastolatek wskoczył na Wiedźmina i spojrzał na martwego Erica. W jego głowie pojawiła sie pewna myśl-skoro zostawiają ciała, to nie będą mieli „dowodów”, jak to powiedział Cass. Pokierował więc swojego kuca w stronę trupa i wyszarpnął z niego zieloną strzałę, a potem dogonił galopem resztę.
Ślady znajdowały się dwie minuty drogi od ich obozu i wyglądały na odciski skórkowych butów dobrej roboty. Castiel zeskoczył z konia i prowadził zastęp w stronę, w którą kierowały ślady. Szli tak co najmniej pół godziny, ich trop stopniowo przybierał kształt udeptanej ścieżki, aż wreszcie przerodził się w brukowany chodnik. Gdy w lesie rozległ się stukot podków o kamień Will spojrzał przed siebie. Drzewa były tutaj wyższe, nie zahaczali już o niskie gałęzie. Droga prowadziła prosto, pod górę. Nie zakręcała nigdzie, ale ginęła na szczycie wzgórza.
Cass wskoczył na swojego konia.
 - Jedziemy! – wydał polecenie i skierował się w górę ścieżki. Gdy wbił pięty w boki rumaka zadudniły końskie kopyta. Will także popędził swojego kuca do galopu i pojechali na górę.
To co zobaczyli po dziesięciu minutach przekraczało ich… marzenia? Will nie wierzył własnym oczom. Przetarł je, kilkukrotnie zamrugał, ale nic się nie zmieniło. Uszczypnął się w rękę, aby zobaczyć czy to nie jest jeden z jego okropnych snów. To naprawdę się działo.
 - To… czy to jest Zapomniany Dom? – Will aż się zająknął z wrażenia.
W tym momencie otworzyły się frontowe drzwi.
Stanęła w nich kobieta o niespotykanej urodzie. Jej smukłą twarz oświetlały pojedyncze promienie letniego słońca. Blond włosy miała upięte w ciasny kok, lecz trochę przydługa grzywka z pasemkiem w odcieniu różu opadała na prawe oko i policzek. Miała na sobie obcisłe skórzane spodnie z beżową tuniką z długimi rękawami, które teraz podwinęła za łokcie. W pasie założyła skórzany pasek ze sprzączką w kształcie jabłka, który podkreślał jej smukłą figurę.
 - Witajcie w Zapomnianym Domu. – Powiedziała i gestem zaprosiła ich do środka. Zawahali się, ale po chwili zsiedli z koni i poszli za kobietą.
            Znaleźli się w pokoju średniej wielości, w którym podłoga wyłożona była jasnymi kamieniami o zaokrąglonych krawędziach. Ściany porośnięte były zielonym bluszczem, a z sufitu zwisały również zielone kiście winogron. Na środku stał drewniany stolik z nogami rzeźbionymi na kształt liści dębu, a obok niego sofa i dwa fotele z tego samego kompletu. Wszyscy mieli wrażenie, jakby dalej znajdowali się w lesie, a nie w domu.
Castiel i Jake, za prośbą kobietu, usadowili się na sofie. Ona sama poszła do innego pokoju, a Will usiadł w jednym z foteli. Wszyscy siedzieli sztywno. Zapadła grobowa cisza. Cass nerwowo rozglądał się dookoła, zatrzymując wzrok na drzwiach, w których zniknęła kobieta. Jake także 'skakał' wzrokiem, a Will… on nie czuł niepokoju, tylko jakąś dziwną uspokajającą energią płynącą z roślin rosnących w tym pomieszczeniu. Patrzył w sufit i na ściany, i miał wrażenie, że pnącza i owoce dojrzewają, gdy dosięgał je wzrokiem. Nie wiedział jak na to zareagować, więc obserwował i karmił się tą upajającą energią. Ona go odnawiała, czuł się jak dziecko – beztrosko.
Z zamyślenie wyrwał go dźwięk otwieranych przez blondynkę drzwi.  Castiel i Jake od razu zwrócili spojrzenia w jej stronę, a Will potrzebował jeszcze chwili, by wybudzić się z transu.
 - Skąd jesteście? – zapytała kobieta, stawiając przed nimi filiżanki z herbatą.
 - Cherits – odparł krótko Jake – Królowa Izabelle przysłała nas…
 - Przysłała was po napar z owocu Magicznego Drzewa – Przerwała mu kobieta.
 - Tak… masz go? – zapytał Castiel.
 - Nie. To wy musicie go zdobyć.
 - Jak to?! – wykrzyknął Jake – Przecież miałaś go mieć!
 - Nie, to was miało tutaj nie być! – zdenerwowała się – Jak w ogóle tutaj dotarliście i przeżyliście zamach? Zabito przecież wszystkich tak, że nie zdążyli wypowiedzieć słowa, a ślady zatarto!
 - Chyba zrobiłaś to niedokładnie. – Powiedział Will i wyciągnął spod peleryny  zieloną strzałę. Kobieta zaniemówiła.
 - Ja nie zabiłam – powiedziała – ale zleciłam to morderstwo. Jest przecież powiedziane, że z lasu nie wyjdą więcej niż dwie osoby z każdej drużyny.
 - Jest nas za dużo. – Will szybko połączył fakty.
 - Och, jesteście na pewno zmęczeni podróżą – zmieniła temat. – Dean! – zawołała, a potem z drzwi wyjściowych wyłoniła się głowa mężczyzny o spiczastych uszach.
 - Zaprowadź panów do ich kwatery, a ty – zwróciła się do czarnowłosego szesnastolatka – pójdziesz ze mną. Ah! - wykrzyknęła kobieta w taki sposób, jakby przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym - Jeszcze jedno! Jestem Neria.
Podróżnicy tylko spojrzeli po sobie i rozdzielili się.
 - Wierzysz w elfy? – zapytała jasnowłosa, gdy tylko Will zamknął drzwi jej gabinetu.
 - Nie wiem – odparł szczerze.
 - Skoro nie wiesz, to skąd to masz?! – Wykrzyknęła i złapała za srebrną broszkę przypiętą do jego płaszcza.
 - A co to panią obchodzi?! – odpysknął.
 - Ukradłeś to! Przyznaj się!
 - Nie ukradłem! Znalazłem w lesie.
 - Jak? To przecież symbol najznamienitszych rodów elfów. Nie można go od tak sobie znaleźć. Niektórzy szukają tego latami, a ty to „znalazłeś”?
 - Ta broszka uratowała mi życie. Tylko dzięki temu, że zsiadłem z konia i ją podniosłem, stoję tutaj przez panią.
 - Jak ci na imię?
 - Will…
 - Mówmy sobie na „ty”, dobrze? A teraz powiedz mi, kim byli twoi rodzice?
 - Nie znałem rodziców – odparł najszczerzej jak potrafił. – Wychowałem się na ulicy.
 - To jak dostałeś się do tak ważnej drużyny?
 - A dlaczego mnie o to wypytujesz? – wycedził przez zęby. Teraz był naprawdę zdenerwowany. Neria nie miała takiego prawa, bo w końcu znali się od kilku minut! – Jakie masz do tego prawo?!
 - Jesteś w MOIM domu i zabraniam ci… - Nie wytrzymała. – Idź lepiej stąd. Dean czeka w ogrodzie i zaprowadzi cię do domu na drzewie. Tam znajdziesz resztę drużyny i nocleg. Jutro znajdziecie kartkę z wiadomością, co macie dalej robić. – Powiedziała i odwróciła się w stronę okna, dając Willowi do zrozumienia, że ma sobie już pójść. Chłopak posłuchał. W końcu był tylko gościem, a na dodatek zaszedł już Nerii za skórę. Nie wiedział, dlaczego tak go poniosło.

*

'Dlaczego tak bardzo poruszyła ją ta broszka?' -  myślał Will, leżąc wygodnie na posłaniu w Domku na drzewie. No i jak znalazł ot tak po prostu jedną z najważniejszych rzeczy należących do elfów? To było dziwne.Tuż przed zaśnięciem uświadomił sobie, że ten las nie jest, aż tak zły i przeżył spotkanie z jednym z leśnych stworzeń, elfem. Po chwili spał jak zabity, nieświadomy tego ile par oczyu przygląda mu się przez otwarte okno.

*

 - Kiedy tam pójdą? – zapytał ktoś szeptem.

 - Już niedługo. – Odparł ktoś inny. – Wtedy będą potrzebowali naszej pomocy.




4 komentarze:

  1. Elfy <3 <3 Tylko oni podróżują z trupami? W takim razie musi być bardzo zimno, bo przecież ciała się rozkładają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ups... nie zwróciłam na to uwagi... może... uznajmy, że to magiczna aura tej puszczy sprawia, że nic się nie dzieje... xd ale błąd... >.<

      Usuń
  2. Jejku, dotarlam wreszcie... poprzednie rozdzialy przeczytalam, zeby sobie przypomniec... poza tym uwielbiam te historie, wiec nic sie nie stanie, jesli przeczytam ja jeszcze raz ^^ Nie komentowalam tutaj poprzednikow, bo juz to zrobilam wczesniej i moja opinia sie nie zmienila :) Ten rozdzial tez juz prawie widzialam, bo kiedys wyslalas mi fragmenty na fb, ale to nie ta sama magia <3 Nie zdazylam sobie dzis wypozyczyc ksiazki i nie mam co czytac w autobusie, wiec na szczescie przypomnialam sobie to tobie. Problem w tym, ze moj kolega mial ostatnio operacje, wlasnie jade sie z nim spotkac i nie potrafie o niczym innym myslec... im jestem blizej tym bardziej sie boje, a jednoczesnie wkurzam sie na korki :<
    Haha xd wlasnie cos stwierdzilam: Jak poznac, ze zbliza sie wiosna? Swiatla w autobusie zapalaja coraz pozniej xd
    ekhem... odbiegam cos strasznie od tematu bloga :) Lece czytac nastepny rozdzial ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi się podoba. Czytałaś ,,Mechanicznego Anioła''? Ten Will trochę przypomina tego z anioła. Jeśli nie czytałaś to koniecznie przeczytaj. Polecam gorąco. Świetna trylogia.
    P.S.autorka to Cassandre Clare.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze karmią wenę twórczą.
Teraz już wiesz co zrobić.