"Srebrne Jabłko
Żar w ognisku powoli dogasał. Blask księżyca, który był tej nocy w pełni oświetlał opierającą się o drzewo zakapturzoną postać.
Warta w obozowisku nigdy nie była przyjemną rzeczą, ale Willowi przypadała ona najczęściej. Ciche zrządzenie losu, pech, czy po prostu złośliwość ich kapitana Stevena? Oparł dłoń na rękojeści miecza i rozejrzał się wokół. Wszędzie ten las... sosny, świerki, dęby... Natura. Powiadano, że ten las jest magiczny i zamieszkują go jakieś diabelskie stwory. Will nie wiedział, czy ma w to wierzyć... Odetchnął głęboko wilgotnym nocnym powietrzem i kilka kosmyków jego kruczoczarnych włosów opadło mu na oczy. Szybko odgarnął je na bok i zaczął rozmyślać. Umysłem powrócił do domu, którego nie miał, do miasta, w którym mieszkał. Do Jenny, której ojciec chciał nie wiadomo jakiego bogactwa oraz tytułu szlacheckiego. Will przed wyjazdem chciał prosić o jej rękę, ale niestety, bez dużej posiadłości, oprócz kilku groszy przy duszy i włochatego kuca nie posiadał prawie nic. Był sierotą, wychował się na ulicach średnio bogatego miasta, które nosiło nazwę Register, znajdującego się w jednym z trzech rozłamanych królestw, Cherits. Tym królestwem rządziła jedna z trzech skłóconych sióstr, które podzieliły między siebie krainę Aplarię. Miała ona na imię Isabelle.
Dzięki swojej umiejętności przetrwania przeszedł nabór do armii królewskiej. Niestety, jako że pochodził z tak zwanej biedoty nie mógł zostać rycerzem, czy choć - jak marzył w dzieciństwie - asasynem. Na swoje nieszczęście przydzielono go do drużyny Stevena Midensona, czyli jak go określał Will: kupa mięśni, zero mózgu. Myślał za niego Matt. Wątłej postury chłopak o blond włosach i szarych oczach, wierny przyjaciel kapitana, bardzo naiwny. W drużynie był jeszcze Eric, wysoki brązowowłosy chłopak, starszy od Willa o cztery lata. Do drużyny dołączył kilka miesięcy przed nim. Ostatnimi członkami byli Castiel i Jake, o których Will wiedział tyle, co nic. Bardzo często podczas podróży w dzień zjawiali się tylko na posiłki, a w trakcie nocnych jazd chłopak czasem dostrzegał w oddali jakieś poruszające się cienie, które zaraz potem znikały mu z oczu.
Znów spojrzał na niebo. Wszystko wskazywało na to, że noc za niedługo się skończy dając początek porankowi. Znów będą musieli wsiąść na konie, aby wyruszyć w dalszą podróż. Od tygodnia szukali Zapomnianego domu, w którym mieli zastać kobietę, która miał przekazać przez nich, samej królowej napar z owocu Magicznego Drzewa. Steven nigdy nie przyznawał się do porażki, ale Will był pewien, że się zgubili.
Liście koron drzew rozświetliły pierwsze promienie słońca. Z ogniska został tylko popiół. Will wyprostował się i przeciągnął. Teraz przydałby mu się łyk czegoś, co po nieprzespanej nocy pozwoliłoby mu trzeźwo myśleć. Za niedługo będzie siedział w siodle swojego kuca i wypatrywał czyjegoś domu. Obudził drużynę. Nie obeszło się bez dokuczliwego komentarza Stevena, ale Will puścił go mimo uszu. Przywykł do nich już dość dobrze. Spakowali koce i zjedli prowizoryczne śniadanie, na które składały się jak zwykle: suchary, suszone mięso i woda. Potem napoili i osiodłali konie. A następnie ruszyli w dalszą drogę.
Chyba wszyscy mieli dość tej podróży. Will tym razem jechał na końcu, zamykając zastęp. Jego siwy wałach noszący imię Wiedźmin chętnie szedł za innymi końmi przebierając swoimi krótkimi nogami, aby dogonić wysokich towarzyszy.
- Wyspałeś się, co? - Mruknął Will do konia klepiąc go po szyi.
Szesnastolatek rozglądał się dookoła i nie mógł pozbyć się wrażenia, że już tutaj byli. Chodzimy w kółko, pomyślał. Spojrzał w górę, na korony drzew, które teraz, latem, były ciemnozielone. Przez gęste liście przedostawały się pojedyncze promienie porannego słońca. Will rozmasował obolały kark i ziewnął. Był tak zmęczony, że mógłby zasnąć w siodle. To wszystko przez zbyt częste nocne warty. Wbił więc wzrok w ziemię przed Wiedźminem i obserwował plamy światła na ścieżce. Przeskakiwał wzrokiem z jednej na drugą. Było to dość zajmujące zajęcie jak dla człowieka, który nie ma siły myśleć. Nagle coś w trawie błysnęło i Will zainteresowany tym, co mogło go oślepić nie spuszczał wzroku z tej plamy światła. Zatrzymał Wiedźmina, zsiadł z niego i podszedł powoli do tego miejsca. Przykucnął i sięgnął ręką po przedmiot, który odbijał promienie słoneczne. Przyjrzał się mu z bliska. Była to srebrna zapinka do płaszcza, mająca kształt jabłka. Było to o tyle dziwne, że chłopak nigdy nie widział czegoś takiego. Zawsze takie ozdoby miały kształt herbów rodowych lub były po prostu dużymi agrafkami. Ktoś musiał to zgubić, pomyślał Will. Zapinka wyglądała na bardzo wartościową, tylko kto zapuszcza się tak daleko w ten las poza nimi? Chłopak spojrzał na resztę swojej drużyny. Byli na tyle daleko, że gdyby próbował ich zawołać, nie usłyszeliby go. Schował więc swoje znalezisko do sakiewki z myślą, że kiedyś odda je właścicielowi. Wsiadł na swojego kuca i galopem dogonił pozostałych.
Gdy znalazł się już wystarczająco blisko, zwolnił konia do stępa. Zaburczało mu w brzuchu. Zbliżała się pora obiadowa, ale Steven się nie zatrzymywał. Szli więc dalej. Willowi stopniowo żołądek zaczynał skręcać się z głodu. Sięgnął więc do swoich juków i wyciągnął kilka sucharów i porcję suszonego mięsa. Zjadł to i popił wodą. Koniom też przydałby się odpoczynek i trochę picia, pomyślał chłopak. Wtem usłyszał za sobą dwa galopujące konie. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył Castiela i Jake'a. Podjechali do niego, a gdy zrównali sie z Wiedźminem zwolnili do stępa. Górowali nad Willem, Jake po jego prawej, a Castiel po lewej stronie.
- Dlaczego nie zatrzymaliście się na postój? - Zapytał Jake, nawet nie spoglądając na szesnastolatka.
- Nie wiem - odparł - nie widzicie, że zamykam tyły?
Jake tylko skinął głową na Castiela, a ten wbił pięty w boki swojego gniadosza i z miejsca ruszył galopem na początek zastępu. Will zauważył, że sięga do wodzy konia Stivena i zatrzymuje pochód. Chłopak ruszył kłusem w jego stronę. Teraz zobaczył efekt swojej nieuwagi. Steven, Matt i Eric mieli powbijane w szyje strzały. To, że nie spadli z koni było zasługą porządnych węzłów i "stelaża", który podtrzymywał ich martwe ciała w pionie. On nie zginął tylko dlatego, że odłączył się od drużyny, aby podnieść srebrną zapinkę.
- Ciekawe kto to zrobił... - Zaczął myśleć na głos Castiel.
- Trzeba pogrzebać ciała. - Powiedział Will biorąc pod uwagę zwyczaje i religię mieszczan.
- Nie mamy czasu, ani sprzętu - powiedział Jake.
- To co zrobimy? - zapytał szesnastolatek
- Zabierzemy ich ze sobą. - Stwierdził Castel po dłuższej chwili namysłu. - Tak jak siedzą w siodłach. Każdy z nas niech złapie za wodze swojego konia i rumaka martwej osoby.
- Musimy już jechać i nadrobić stracony czas. - Powiedział Jake i wziął wodze wierzchowca Stevena. Castiel poprowadził rumaka Matt'a, więc Willowi został koń Erica. Spojrzał na strzałę tkwiącą w szyi mężczyzny. Była ona długa zakończona z jednej strony lotkami koloru zielonego, co oczywiście go zdziwiło. Chciał wyciągnąć ją ze zmarłego, ale Castiel jadący przed nim to zauważył.
- Zostaw! To nasz dowód. - Powiedział i przyspieszył konia do szybszego stępa. Will zrobił to samo, choć i tak jego kuc nie mógł ich dogonić przez swoje krótkie nogi. Po powrocie każdy z nich dostanie wypłatę, a wtedy sprawi sobie jakiś mały dom i lepszego konia. Przydzielą go też do innej drużyny, ponieważ ktoś zamordował kapitana i dwóch wojowników. Will'a nie przerażała kwestia śmierci. Nic nie posiadał, nie miał żadnych powodów, dla których miałby tutaj zostać, nikogo nie kochał, poza niedostępną Jenny... Chciałby choć raz dostać to, czego by pragnął. Wszystkie jego marzenia były... nieosiągalne. Chciał dowiedzieć się kim są jego rodzice, jakie nosi nazwisko. Chciał ożenić się z ukochaną Jenny. Chciał zostać asasynem lub rycerzem... Dlaczego akurat jemu nie dano spełniać marzeń?
- Myślę jak głupek! - mruknął pod nosem i rozejrzał się dookoła.
Znów las. Jak na złość ta przeklęta mordercza Puszcza! Will spojrzał w górę. Kolejny dzień dobiegał końca. Chłopak był ciekaw, dlaczego ktoś zabił połowę ich drużyny i co robi tak daleko w lesie? Jedno było pewne: jeżeli oni są jego celem, to mają poważne kłopoty. Will był już pewien, że ten morderca nie cofnie się przed niczym.
Zastanawia mnie jedno, skąd w tej krainie znajomość Wiedźmina? Ogólnie nawet mi się podobało, wiadomo to dopiero początek.
OdpowiedzUsuńNie wiem jak mógł tutaj wkraść się Wiedźmin, skoro go jeszcze nie przeczytałam :p
UsuńBardzo ciekawe, pisz dalej, masz talent :P
OdpowiedzUsuńDziękuję
Usuń